Na długo przed zakończeniem sześdziesiąciokoncertowej trasy wiadomo było, że wielbiciele Madonny dostaną po niej wieczną pamiątkę. Mniej więcej można się było też spodziewać, jaki produkt trafi na rynek. A jednak królowej pop po raz kolejny udało się wszystkich zaskoczyć.
Na początek stwierdzić należy, że koncerty "Confessions Tour" niewiele mają wspólnego z koncertami. To show, przy którym nawet poprzednie występy Madonny, niegdyś uważane za widowiskowe, jawią się jako występy podrzędnej szansonistki w wiejskiej tancbudzie. Nowoczesne technologie dały niezmordowanej Madonnie narzędzia, które pozwoliły nabrać niespotykanego rozmachu.
Idąc tym tropem: DVD z zapisem koncertu w Londynie niewiele ma wspólnego z płytą koncertową. W ogóle niewiele ma wspólnego z jakimkolwiek dotychczasowym wydawnictwem muzycznym. Madonna po raz kolejny wyznacza nowy standard, do którego za chwilę wszyscy aspirujący do rangi czegokolwiek w showbiznesie będą musieli równać. To płyta, którą należy koniecznie zobaczyć, niezależnie od tego, jakie zdanie ma się na temat samej artystki.
Po pierwsze: scenografia
Wirtuozeria światła, dźwięku, rytmu, ruchu, światowa szkoła synchronizacji, do której równać powinny zegary atomowe w Sevres. Gigantyczne plazmy, niezliczone wybiegi, boczne, górne i obrotowe, ruchome podesty, same w sobie będące wyświetlaczami. Scena zastawiona rusztowaniami, po których ze zwinnością stada małp fruwają młodzi tancerze i tancerki. To jeden z najsilniejszych akcentów inscenizacyjnych - wyprowadzenie wykonawców w trzeci, powietrzny wymiar.
Drugi mocny pomysł to superszybkie zapadnie, w których znajdujące się osoby znikają w odpowiednim ułamku sekundy - robi wrażenie za każdym razem. Trzeci szok: osławiony (a właściwie zniesławiony) lustrzany krzyż, wokół którego i na którym rozgrywa się kilka piosenek. Innych atrakcji, jak opadająca kula, siodło na rurze, tancerze na smyczy można się było spodziewać - tak to każdy umie.
Po drugie: inscenizacja
Pomysł na powiązanie kilku utworów w jednolite bloki inscenizacyjne nie jest u Madonny nowością. Tym razem widowisko podzielone zostało na sekwencje końską, świątobliwo-uduchowioną, rockową i dyskotekową. Stosownie do konwencji zmieniały się więc dynamika utworów i choreografii, rekwizyty, dynamika backscreenów. Strach pomyśleć, ile czasu i pracy kosztować musiało przygotowanie i zmiksowanie wszystkich sekwencji filmowych i wizualizacji... Swoje piętno na wizualnej stronie znów odcisnął Jean Paul Gaultier, kreując Madonnę sportową, hippiczną, garniturową, zawsze jednak zwiewną i smukłą. Do tego wszystkiego Maddy też już zdążyła wszystkich przyzwyczaić, a jednak rozmach koncepcyjny rośnie z trasy na trasę w tempie zastraszającym i wciąż budzi podziw.
Po trzecie: muzyka
Zgodnie z konwencją ostatniej płyty Madonna wykreowała ogromny taneczny parkiet, na którym siłą rzeczy dominowała feeria świateł i wyraziste, pulsujące rytmy. Stewart Price odpowiedzialny był już za wystrój dźwiękowy poprzedniej trasy, następnie wyprodukował "Confessions...", by zająć się także aranżacjami na kolejne koncerty. Dorobek Madonny przetrawił w międzyczasie do podszewki, dzięki temu w szalonym, karnawałowym secie, który zaserwował tłumom, trafiło się sporo rodzynków.
Zaskakuje konwencja wykonania starych, dobrze znanych przebojów. 'Like A Virgin' przystosowane do najnowszego stylu, refleksyjne 'Live To Tell' z rozbudowaną, oniryczną sekwencją wprowadzającą, niezwykle energetyczne 'Music', osnute na podkładzie hitu 'Disco Inferno' i zainscenizowane w stylu 'Gorączki sobotniej nocy'. Niecodzennie liryczna 'Erotica', oparta na pierwotnej wersji demo tego utworu (roboczo zatytułowanej 'You Thrill Me'), z o wiele bardziej romantycznym tekstem.
Także nowe utwory poddane zostały przeróbkom: 'I Love New York', otwierające sekwencję punkrockową oparte zostało na najwcześniejszej wersji gitarowej, 'Future Love' wzbogacono o cytat z 'I Feel Love' Donny Summer, a 'Let It Be' - o rozbudowaną, niezwykle wyrazistą sekcję rytmiczną i riffy gitarowe.
W ten sposób, zwłaszcza dzięki wypuszczeniu Madonny na scenę z gitarą elektryczną w ręku, realizatorzy zręcznie uniknęli wrażenia monotonii. W końcu przez dwie godziny nużą w końcu i modne kawałki, i migające światła, i błyszczące stroje...
Po czwarte: DVD
Znów opłaciła się ciągłość współpracy, tym razem z Jonasem Akerlundem, odpowiedzialnym za poprzednie DVD artystki. "Confessions Tour" to majstersztyk realizacyjny. Trudno mówić o rejestracji koncertu - to kreacja sama w sobie. Zapis prowadzony z mnóstwa kamer, zmontowany później z benedyktyńską dokładnością, odgrywa rolę równoważną do pomyślanej z dokładnością do każdego bitu wizją sceniczną.
Realizatorzy dokładnie wiedzą, w jakim momencie pokazać którą twarz, który metr kwadratowy sceny, którą żarówkę. zmiany stylu filmowania dla każdego z bloków muzycznych. Do tego efekty animacyjne, kaskadowo zmieniające się kadry, nierozerwalnie sprzęgnięte z rytmiką wydarzeń na scenie.
Dzięki temu, nawet jeśli chwilowo dzieje się niewiele, sekwencyjne przebitki z różnych kątów widzenia wciąż dają poczucie buchającej zewsząd energii.
Zapis dźwięku nie pozostawia rzecz jasna nic do życzenia, zapewne dlatego, że ewidentnie tylko niektóre fragmenty koncertu wykonane zostały naprawdę na żywo. Praktyka uprzedniego nagrywania scenicznych, odpowiednio spreparowanych wersji piosenek nie jest bynajmniej nowością, ile raczej standardem i koniecznością w tak gigantycznym przedsięwzięciu, w którym nie ma prawa obluzować się najmniejsza śrubka.
Po piąte: Madonna
Niekwestionowana królowa muzyki pop. Nie: wybitna wokalistka. Nie: skończona piękność. Za to na pewno wizjonerka i tytan pracy. Miesiące przygotowań i ćwiczeń przyniosły jak zwykle doskonały rezultat, w wielu numerach Madonna daje z siebie fizycznie naprawdę wszystko. Wymaganie, aby śpiewała przy tym na żywo, byłoby niehumanitarne.
Owszem - w zestawieniu z młodymi ciałami bujającymi się na trzepakach wokół sprawia chwilami wrażenie nieco statyczne, ba! majestatyczne nawet, ale wypada życzyć każdemu podobnej kondycji w wieku lat czterdziestu ośmiu (które nota bene ukończyła podczas rejestrowanego występu).
O perfekcjonizmie Maddy świadczy niepozorny rekwizyt: w dzisiejszych czasach do udawanego śpiewania w zupełności wystarczy wetknąć sobie jakiś drut w ucho, tymczasem ona biega po scenie z tradycyjnym, w dodatku wielkim mikrofonem, który staje się elementem choreografii - w chwilach, gdy Madonna nie śpiewa wtykany w dekolt lub przekazywany tancerzom, by wrócić do niej po chwili, podany niemal niepostrzeżenie przez wokalistkę z chórków na wrotkach.
Podobnie konsekwentna staje się droga, którą Madonna wytycza w muzyce popularnej, serwując zawsze od początku do końca spójnie wykreowany produkt. Koncepcja tak wielkiego przedsięwzięcia jak to tourne musiała być opracowywana już w chwili promocyjnej oprawy płyty. To niby oczywiste, ale oglądając ten zatrważająco gigantyczny spektakl można poczuć się zaskoczonym, do jakiego stopnia działania innych, dużo młodszych tak zwanych 'megagwiazd', wydają się niemal pójściem na łatwiznę.
Ta płyta jest tego kolejnym przykładem, a najkrócej wszystko co powyżej podumował jeden ze znajomych wielbicieli pancernej Maddy: "Confessions Tour" wgniata w fotel!!! Suka znowu to zrobiła - jest najlepsza :)
Nic dodać, nic ująć.