Doping, ukrywany homoseksualizm, mafijne metody
Demontaż Carla Lewisa, legendy sportu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych prowadzony od kilku dni w prasie zachodniej stwarza nieomal wrażenie zaplanowanej akcji. Aż kilka poważnych gazet jednocześnie opublikowało teksty rojące się od zarzutów i oskarżeń. Jeśli im wierzyć, Carl Lewis jest kłamcą, oszustem posługującym się metodami rodem z mafii, bezwzględnym arogantem i ukrytym gejem. Wielkonakładowy dziennik szwajcarski zamieścił wywiad z prominentnym managerem sportu Resem Brüggerem z Zurychu, który mówi: "Carl był śliski jak ryba - nigdy nie dał się złapać". Mowa oczywiście o dopingu. Oczywiście - plotki o tym, że Lewis zażywa niedozwolone środki krążyły od początku jego kariery, która zaczęła się dwadzieścia lat temu w Helsinkach, gdzie zdobył pierwszy z łącznie ośmiu tytułów mistrza świata, a zakończyła siedem lat temu na Olimpiadzie w Atlancie. "Wszystkie zarzuty, stawiane Lewisowi były z góry odrzucane, ponieważ nikt nie chciał przyjąć do wiadomości prawdy" - piszą komentatorzy. "Biznes zatriumfował nad sportem. Gdyby tylko jeden jedyny raz udało się nakryć championa na tym, że swoje rekordy zawdzięcza zakazanym środkom chemicznym, skończyłyby się lukratywne kontrakty reklamowe a kumple z jego gejowskiej paczki Santa Monica Track Club straciliby pracę."
Carla Lewisa chronili wszyscy: poczynając od amerykańskiego Komitetu Olimpijskiego, poprzez Związek Lekkoatletyczny USA aż po stacje telewizyjne ABC i NBC i bogatych sponsorów. Nic dziwnego. Frederick Carleton Lewis, urodzony w 1961 roku w niezamożnej rodzinie był dużo lepszym nośnikiem reklamowym niż jego rywal, Kanadyjczyk Ben Johnson. Maszynka do zarabiania gigantycznych pieniędzy była świetnie naoliwiona. Wspomniany już Res Brügger opowiada, że kiedy chciał ściągnąć Lewisa na zawody, bilety lotnicze - oczywiście w pierwszej klasie - musiał zamówić w biurze podróży prowadzonym przez jego brata. Wynik wielu zawodów był z góry ustalony, a rywalami Lewisa jego kumple z Santa Monica. Amerykański sprinter Darrell Robinson, który w 1989 roku w wywiadzie z niemieckim magazynem Stern ujawnił, że Lewis i inni czołowi sportowcy stosują środki dopingujące został wyklęty i już nigdy więcej nie otrzymał szansy zarobienia pieniędzy. Nie zwracano nawet uwagi na tak charakterystyczne objawy jak silny trądzik na twarzy (anabolika) i powiększająca się szczęka (hormony stymulujące rozrost). Wszystkie pytania tonęły w monotonnym chórze zapewnień o "najczystszym atlecie świata".
Równie często jak zarzuty o stosowanie przez Carla Lewisa dopingu, pojawiały się plotki o tym, że jest gejem. Po kilku niedyskrecjach, popełnionych przez jego byłych kochanków, podejrzenia przerodziły się w pewność. Już przed olimpiadą w Los Angeles w 1984 roku - kiedy to zdobył złoty medal w skoku w dal - w wywiadzie z renomowanym amerykańskim pismem sportowym "Sports Illustrated" niemal płaczliwie zarzekał się, że "nie jest homoseksualistą". Przyznać się oczywiście nie mógł. Purytańska amerykańska publiczność nie lubi "zboczeńców" i swoich idoli potrafi karać nagłym spadkiem popularności. Tak stało się swego czasu z tenisistkami Billie Jean King i Martiną Navratilovą, które popełniły odważny coming out jako lesbijki. Jak piszą gazety "(...) całe USA zaśmiewało się, bo wszyscy i tak wiedzieli o seksualnych upodobaniach wrażliwego na męskie wdzięki Lewisa". Popularności, jaką cieszyli się bokser Muhammad Ali czy koszykarz Michael Jordan i tak zresztą nigdy nie osiągnął. Ale to już z zupełnie innego powodu - "personnalité hautaine" (arogancka osobowość) - jak nazwała ją francuska gazeta sportowa "L'Equipe".
Kilkanaście dni temu, Carl Lewis został zatrzymany przez policję za jazdę po pijanemu. Przeprowadzone przy tej okazji badanie krwi wykazało obecność w organizmie środków dopingujących. Legendzie "czystego sportu" nie pozostało nic innego jak po raz pierwszy w swej karierze powiedzieć prawdę. "Jedna ryba została złapana" - piszą gazety. "Inne śmierdzą dalej..."
Opracował: Tomek Juszkowski