Nie wydaje mi się aby na podstawie nienormatywnej orientacji seksualnej i psychoemocjonalnej tworzenie niby istniejącej obiektywnie tożsamości miało sens. Sens ma raczej wypaczanie destabilizowanie i dekonstruowaniej tego co jest normatywne w języku i kulturze. Te wszystkie kategorie np gay czy pedał funkcjonują jako epitety i nawet niby neutralne słowo gay w rzeczywistości zostało przywłaszczone przez homofobiczny język. Inna kwestia, że większość osób o nienormatywnej orientacji czy nie wpisujące sie w dialektykę płci nie należy do środowiska, o którym pisze autor, są najróżniejsze grupy nienormatywnych i te grupy konsolidują się nie tylko ze względu na nieheteroseksualną orientację seksualną. Co do aktywizmu to uważam że jest on konieczny do zwalczania homofobii na pewnym poziomie. Są osoby, które w aktywizmie się dobrze czują ale są też takie, które interesują inne płaszczyzny wykluczenia i bardziej kierują się w stronę tego co je zajmuje w tym kontekście. już w latach osiemdziesiątych esencjalizm gejowski czy lesbijski zostal poddany krytyce (oczywiscie nie w polsce ^^). w tym sensie różnorodność oznacza różnorodnośc także tych tam niby gejowskich podmiotów - ostatecznie homoseksualna orientacja nie warunkuje słuchania kiczowatej muzyki w stylu kylie minogue czy kupowanie równie kiczowatych ubrań dolce gabbany czy innych tandet - jeśli ktoś stara się to mi wmówić to znaczy ze sam funkcjonuje w heteroseksistowskim dyskursie pełnym stereotypów.
Nie wolno chodzić ze spuszczoną głową - wtedy pokazuje się swoją słabość, a źli ludzie szukają słabych, żeby wyładować swoją agresję... Pogoda ducha i otwarty umysł to jest to! :-)
To, o czym piszesz w akapicie czwartym, nazywa się po prostu tolerancją. A niektórzy geje zapominają, że działa ona w dwie strony i ich również dotyczy. Owszem, znajdzie się wielu ludzi, którzy skrytykują mój sposób bycia, zanegują styl życia, wyśmieją moje poglądy, nie podadzą ręki z powodu swoich uprzedzeń. Ale czy miałbym z tego powodu zmieniać coś w sobie? Czy w tej sytuacji muszę chodzić ze spuszczoną głową? Otóż nie, a jedyne, czego potrzebuję, to otwarty umysł i pogoda ducha.
Akapit nr 1 - przecież napisałeś, to co ja. Więc chyba się zgadzamy?
Akapit nr 2 - tradycyjne małżeństwo miało na celu tworzenie nowych pokoleń, a różne względy prawne miały im to ułatwiać (wspólnota majątkowa, dziedziczenie, różne zwyczaje itp.), teraz z tym już różnie bywa. Jednak kopiowanie 1:1 rozwiązań tradycyjnych na grunt osób homoseksualnych jest w pewnym stopniu niesprawiedliwością, ponieważ stawia w nierównej sytuacji osoby które poświęcają ogromne nakłady na to, aby nowe pokolenia zastąpiły stare, z osobami, które tego czynu nie dokonają. Argument, że nie wszystkie małżeństwa będą miały dzieci jest nie na miejscu, ponieważ na pewno procentowo (moje przekonanie) heteroseksualnych dzieciatych par będzie więcej niż homoseksualnych, które by dzieci adoptowały (o ile jest taka możliwość).
Nigdy nie można stwierdzić, że jakaś para hetero będzie dzieci miała, jednak z pewnością można stwierdzić, że para gejów dziecka nie urodzi.
Akapit nr 3 - tak, mają wszystkie obowiązki, ale bez przywilejów należnym tradycyjnym rodzinom, patrz punkt 2. Nasuwa mi się chamska analogia: niewidomy ma równe prawa, ale jest dyskryminowany, ponieważ nie może prowadzić samochodu? Ma, czy nie ma równe prawa?
Akapit 4 - nie wypowiedziałem się na temat zasadności uznania "ekspresji zachowań homoseksualnych" za grzech, a tylko zauważyłem fakt, że jeśli ktoś uważa to za grzech - to nie jest to równoznaczne z homofobią. Jeśli katolik uważa seks pozamałżeński za grzech, to ze zdroworozsądkowych przyczyn nie może uznać, że aktywność homoseksualna tym grzechem nie jest.
Akapit nr 2 - tradycyjne małżeństwo miało na celu tworzenie nowych pokoleń, a różne względy prawne miały im to ułatwiać (wspólnota majątkowa, dziedziczenie, różne zwyczaje itp.), teraz z tym już różnie bywa. Jednak kopiowanie 1:1 rozwiązań tradycyjnych na grunt osób homoseksualnych jest w pewnym stopniu niesprawiedliwością, ponieważ stawia w nierównej sytuacji osoby które poświęcają ogromne nakłady na to, aby nowe pokolenia zastąpiły stare, z osobami, które tego czynu nie dokonają. Argument, że nie wszystkie małżeństwa będą miały dzieci jest nie na miejscu, ponieważ na pewno procentowo (moje przekonanie) heteroseksualnych dzieciatych par będzie więcej niż homoseksualnych, które by dzieci adoptowały (o ile jest taka możliwość).
Nigdy nie można stwierdzić, że jakaś para hetero będzie dzieci miała, jednak z pewnością można stwierdzić, że para gejów dziecka nie urodzi.
Akapit nr 3 - tak, mają wszystkie obowiązki, ale bez przywilejów należnym tradycyjnym rodzinom, patrz punkt 2. Nasuwa mi się chamska analogia: niewidomy ma równe prawa, ale jest dyskryminowany, ponieważ nie może prowadzić samochodu? Ma, czy nie ma równe prawa?
Akapit 4 - nie wypowiedziałem się na temat zasadności uznania "ekspresji zachowań homoseksualnych" za grzech, a tylko zauważyłem fakt, że jeśli ktoś uważa to za grzech - to nie jest to równoznaczne z homofobią. Jeśli katolik uważa seks pozamałżeński za grzech, to ze zdroworozsądkowych przyczyn nie może uznać, że aktywność homoseksualna tym grzechem nie jest.
A czy te osoby, które nie mówią na codzień "pedały do gazu", "nienawidzę pedałów" itp., ale uważają homoseksualność za zboczenie, zwyrodnienie, chorobę, albo które uważają ją za zagrożenie dla dzieci, młodzieży, rodziny i społeczeństwa, które - pod hasłem tego, że to "prywatna sprawa" - żądają, żeby homoseksualności nie było widać w życiu publicznym - czy te osoby nie są homofobiczne? Co z tymi ludźmi, którzy "nie mają nic przeciwko gejom", ale nie życzą sobie, żeby ich przełożonym w pracy był gej, albo żeby ich dzieci uczyłą w szkole lesbijka? Nie są homofobiczni? Co z tymi, którzy domagają się od swoich dzieci (także dorosłych), żeby nikomu nie mówiły, że są homoseksualne - bo to zaszkodzi całej rodzinie? To też nie homofobia?
Jaki jest ten "dosyć logiczny powód", dla którego dwie osoby tej samej płci nie mogą zawrzeć małżeństwa, a osoby różnej płci (choćby obie były homoseksualne) - już mogą? Czy tym "jakimś sensownym twierdzeniem" jest to, zgodnie z którym celem małżeństwa jest prokreacja oraz ochrona potomstwa osób, które zawarły małżeństwo? A co z tymi dziećmi, które są wychowywane poza związkami małżeńskimi, albo przez jedno z rodziców, choć drugie żyje? Małżeństwo nie jest żadną polisą ubezpieczeniową dla dzieci osób, które zawarły ten związek. Nie jest to też polisa dla państwa, że jego obywatele i obywatelki, korzystając z dobrodziejstwa małżeństwa, odwdzięczą się potomstwem. Co z ludźmi, którzy nie mają dzieci wcale, bo nie mogą, albo nie chcą ich mieć? Gdyby w małżeństwie chodziło o dzieci, to ludzie bezpłodni oraz z góry wykluczający posiadanie dzieci powinni mieć zakaz zawierania małżeństw - to przecież "dosyć logiczne", czyż nie? A co z możliwością adopcji dzieci (w tym adopcją biologicznego dziecka partnera/partnerki)? Kto powiedział, że rodzice tej samej płci wychowają dziecko gorzej, niż rodzice różnej płci?
Właśnie z równością praw jest duży problem, który stosunkowo najłatwiej rozwiązać: osoby LGB mają wszystkie obowiązki, które ciążą na pozostałej części społeczeństwa, ale nie mają wszystkich uprawnień, bo część jest zarezerwowana dla związków osób różnej płci. "Wystarczy" zmienić przepisy, żeby usunąć nierówne traktowanie - to dużo łatwiejsze, niż usunięcie homofobii w społeczeństwie.
Na temat grzeszności homoseksualności nie mam zamiaru się wypowiadać; nie zgadzam się też na zestawianie w jednej wypowiedzi rozwiązłości (z założenia niedefiniowalnej) z homoseksualnością. Jestem niewierzący i problemy związane z wierzeniami (w tym oceną jakichkolwiek zachowań, w szczególności ze sfery seksualnej, w świetle założeń danej religii) pozostawiam osobom wierzącym. Respektuję prawo innych ludzi do tego, że mają swoje przekonania religijne, ale to, że poglądy różnych religii na dany temat są ze sobą sprzeczne, oraz to, że w społeczeństwie żyją obok siebie osoby wierzące i niewierzące, nie może oznaczać powszechnego paraliżu ani dyktatu takiej czy innej religii. Religia może regulować tylko życie wierzących, a nie wszystkich - w tym zarówno wierzących w coś innego jak i niewierzących. Religia nie może też mieć prymatu nad prawem, które ma być jednakowe dla wszystkich. Nie może być tak, że ktoś krzyczy coś o grzechu i wyciąga z tego konsekwencje dla wszystkich - dla siebie, dla wyznających religię, zgodnie z którą grzechu w danym przypadku nie ma, jak i dla niewierzących, dla których kategoria grzechu jest abstrakcyjna i którzy - z definicji - się nią nie kierują. To jest właśnie klasyczne podejście emocjonalne, nakierowane tylko na grupę wyznającą taką czy inną religię, a dla całej reszty - kompletnie obce i niezrozumiałe.
Jaki jest ten "dosyć logiczny powód", dla którego dwie osoby tej samej płci nie mogą zawrzeć małżeństwa, a osoby różnej płci (choćby obie były homoseksualne) - już mogą? Czy tym "jakimś sensownym twierdzeniem" jest to, zgodnie z którym celem małżeństwa jest prokreacja oraz ochrona potomstwa osób, które zawarły małżeństwo? A co z tymi dziećmi, które są wychowywane poza związkami małżeńskimi, albo przez jedno z rodziców, choć drugie żyje? Małżeństwo nie jest żadną polisą ubezpieczeniową dla dzieci osób, które zawarły ten związek. Nie jest to też polisa dla państwa, że jego obywatele i obywatelki, korzystając z dobrodziejstwa małżeństwa, odwdzięczą się potomstwem. Co z ludźmi, którzy nie mają dzieci wcale, bo nie mogą, albo nie chcą ich mieć? Gdyby w małżeństwie chodziło o dzieci, to ludzie bezpłodni oraz z góry wykluczający posiadanie dzieci powinni mieć zakaz zawierania małżeństw - to przecież "dosyć logiczne", czyż nie? A co z możliwością adopcji dzieci (w tym adopcją biologicznego dziecka partnera/partnerki)? Kto powiedział, że rodzice tej samej płci wychowają dziecko gorzej, niż rodzice różnej płci?
Właśnie z równością praw jest duży problem, który stosunkowo najłatwiej rozwiązać: osoby LGB mają wszystkie obowiązki, które ciążą na pozostałej części społeczeństwa, ale nie mają wszystkich uprawnień, bo część jest zarezerwowana dla związków osób różnej płci. "Wystarczy" zmienić przepisy, żeby usunąć nierówne traktowanie - to dużo łatwiejsze, niż usunięcie homofobii w społeczeństwie.
Na temat grzeszności homoseksualności nie mam zamiaru się wypowiadać; nie zgadzam się też na zestawianie w jednej wypowiedzi rozwiązłości (z założenia niedefiniowalnej) z homoseksualnością. Jestem niewierzący i problemy związane z wierzeniami (w tym oceną jakichkolwiek zachowań, w szczególności ze sfery seksualnej, w świetle założeń danej religii) pozostawiam osobom wierzącym. Respektuję prawo innych ludzi do tego, że mają swoje przekonania religijne, ale to, że poglądy różnych religii na dany temat są ze sobą sprzeczne, oraz to, że w społeczeństwie żyją obok siebie osoby wierzące i niewierzące, nie może oznaczać powszechnego paraliżu ani dyktatu takiej czy innej religii. Religia może regulować tylko życie wierzących, a nie wszystkich - w tym zarówno wierzących w coś innego jak i niewierzących. Religia nie może też mieć prymatu nad prawem, które ma być jednakowe dla wszystkich. Nie może być tak, że ktoś krzyczy coś o grzechu i wyciąga z tego konsekwencje dla wszystkich - dla siebie, dla wyznających religię, zgodnie z którą grzechu w danym przypadku nie ma, jak i dla niewierzących, dla których kategoria grzechu jest abstrakcyjna i którzy - z definicji - się nią nie kierują. To jest właśnie klasyczne podejście emocjonalne, nakierowane tylko na grupę wyznającą taką czy inną religię, a dla całej reszty - kompletnie obce i niezrozumiałe.
Ja łażę na wszystkie parady w Warszawie od... hmm 2002, czy tam 03, już nie pamiętam, i uważam, że to dobrze, że zrobiło się z tego święto. Uważam tak dlatego, że moim zdaniem nie da się tworzyć kultury grupowej (jeśli się ją chce tworzyć) przez ograniczanie się do haseł "anty-cośtam". Z tego powodu odechciało mi się chodzić na Manify, bo do tego się sprowadzały hasła, które tam widziałem rok w rok - krytyka bez postulatów pod własnym adresem. Do tego jeszcze doszła relacja mojej koleżanki, która weszła w "polski feminizm" i wyszła, bo atmosfera kółka wzajemnej adoracji grupy kobiet, które zrobiły sobie z tego zawód, pomimo elementarnych braków w wiedzy choćby na temat literatury feministycznej, ją do tej grupy akurat zniechęciły.
Z biegiem czasu, moje podejście do polskich ruchów "afirmatywnych" stało się neutralne w ten sposób, w jaki wyznaję neutralność wobec akolitów Radia Maryja, co jest nieuchronnym wynikiem kształtowania moich poglądów przez studia. Nie da się przeczytać "Ideologii i Utopii" Mannheima i nie wysnuć z tego wniosków w odniesieniu do strategii stosowanych przez ludzi, którzy stają się profesjonalnymi ideologami. Takie to już zboczenie zawodowe, że dla socjologa patrzenie na własne życie kategoriami wroga-przyjaciela stanowi pewną egzotykę.
Z biegiem czasu, moje podejście do polskich ruchów "afirmatywnych" stało się neutralne w ten sposób, w jaki wyznaję neutralność wobec akolitów Radia Maryja, co jest nieuchronnym wynikiem kształtowania moich poglądów przez studia. Nie da się przeczytać "Ideologii i Utopii" Mannheima i nie wysnuć z tego wniosków w odniesieniu do strategii stosowanych przez ludzi, którzy stają się profesjonalnymi ideologami. Takie to już zboczenie zawodowe, że dla socjologa patrzenie na własne życie kategoriami wroga-przyjaciela stanowi pewną egzotykę.
Dla mnie homofobia to są teksty typu: "pedały do gazu", "nienawidzę pedałów" itp. Homofobią jest niezatrudnienie kogoś tylko dlatego, że jest homo, a nadaje się do danej pracy jak każdy inny z powodu "bo tak". Za homofobię uważam zakaz parady równości (bez względu na moją opinie o samych paradach). Dla mnie homofobem nie jest ktoś, kto mówi, że małżeństwo jest to związek dwóch osób różnych płci, bo małżeństwo ma rodzić dzieci. Homofobią nie jest też twierdzenie, że równe prawa nie oznaczają takich samych praw, a także to, że prawa wynikają z pewnych, dość logicznych powodów. Nie jest dla mnie homofobią twierdzenie, że to grzech. Można tak długo. Według mnie różnica pomiędzy urojoną a prawdziwą homofobią polega na tym, że jedni mają argumenty wynikające z jakiś sensownych twierdzeń, a drudzy tylko argumenty wynikające z emocji.
Jeśli ktoś uważa rozwiązły tryb życia osób homo i hetero za grzeszne, to czy jest homofobem?
Jeśli ktoś uważa rozwiązły tryb życia osób homo i hetero za grzeszne, to czy jest homofobem?
Okay, czyli negujesz homofobię. Twierdzisz, że skoro nie doznałeś "na własnej skórze szczególnie przykrych sytuacji z powodu domniemanej bądź rzeczywistej homofobii", to homofobii tak jakby nie ma.
Pewnie, że wszystko zależy od tego, jak definiujemy homofobię i które zachowania uznajemy za homofobiczne, a które za uprawnione i zasadne. Dla niektórych to, że znakomita większość jawnych gejów w Polsce nie została choćby raz pobita za swoją homoseksualność, jest koronnym dowodem na to, że w Polsce nie ma homofobii. Dla innych dowodem na brak homofobii jest to, że kodeks karny nie przewiduje przestępstwa w postaci zachowań seksualnych między osobami tej samej płci. Jeszcze inni mówią, że skoro są lokale branżowe, w których mogą bawić się jak chcą (tzn. m.in. zachowywać tak, jak nie zachowują się w lokalach niebranżowych - obejmować partnera/partnerkę tej samej płci, przytulać, całować, tańczyć ze sobą), to oznacza, że homofobii nie ma. A jeszcze inni mówią, że brak regulacji prawnych dotyczących związków osób tej samej płci im nie przeszkadza, że takie regulacje w ogóle nie są im potrzebne. Są też tacy, którzy twierdzą, że nie czują potrzeby ujawniania, jakiej są orientacji seksualnej, że to ich "prywatna sprawa", z którą nie tyle się kryją, ile zachowują ją dla siebie - i nie widzą sprzeczności między swoim postępowaniem, a postępowaniem osób heteroseksualnych, które, zasadniczo nieświadomie, komunikują swoją heteroseksualność na każdym kroku (gestem, zachowaniem, żartem w rozmowie, komentarzem czy komplementem pod adresem osoby płci przeciwnej, krótką historyjką z życia domowego rzuconą podczas przerwy na kawę w pracy etc.). Są osoby, którym nie przeszkadzają homofobiczne wypowiedzi polityków, duchownych czy nawet "szarych ludzi z ulicy" - osoby te twierdzą, że takie wypowiedzi ich nie obchodzą i nie dotyczą, nawet jeśli są formułowane pod adresem wszystkich osób LGB jako takich.
Te podejścia do występowania homofobii biorą się z tego, że każda osoba może, na swoje wewnętrzne potrzeby, ustalić taką granicę percepcji zjawiska homofobii, jaką chce. Może ją tak ustawić, że homofobii nie stwierdzi w żadnym kraju na świecie. Może ją też tak ustawić, że niedopuszczalny poziom homofobii osiągną dla niej Holandia, Szwecja czy Hiszpania.
Jestem wyoutowany tak szeroko, jak to możliwe - brakuje mi tylko wyraźnego napisu na czole "Jestem gejem". Nigdy nie pobito mnie za to, że jestem gejem. Nie wyrzucono mnie z tego powodu z pracy ani z domu. Nie uchwalono przeciwko mnie ustawy zakazującej "promocji homoseksualizmu". Cieszę się z każdego z tych powodów. A jednak homofobia dotyka także mnie. Homofobia "zwykłych ludzi", którzy nie przepraszają - szczerze czy nieszczerze - za swoje słowa w dwie minuty po ich wypowiedzeniu. Ci zwykli ludzie są wszędzie - w polityce, u mnie w pracy, w bloku, w którym mieszkam, a także w niebranżowym lokalu, z którego "za gejostwo" wyrzucono mojego kolegę. To ci ludzie tworzą homofobiczną kulturę, wykluczającą istnienie osób LGB, to oni decydują o kształcie przepisów oraz decyzjach władz - dla których potrzeby osób LGB w ogóle nie istnieją. Nie jestem ponad to. I nie będę czekał, aż mnie pobiją, bo jestem ubrany "różowo jak pedał".
Dla mnie występowanie homofobii jest tak oczywiste, jak występowanie korupcji (czy przestępczości w ogóle), zanieczyszczenia środowiska albo kryzysu światowych finansów. Czy ktoś, kogo nigdy nie napadnięto, nie okradziono albo komu nigdy nie grożono będzie negować przestępczość? Czy ktoś, kto mieszka daleko od oczyszczalni ścieków, zakładów przemysłowych, elektrowni, kopalni albo dróg może negować zanieczyszczanie środowiska? Czy jeśli kogoś nie zwolniono z pracy, nie obniżono mu wynagrodzenia, ani nie odmówiono kredytu, to może mówić, że nie ma żadnego kryzysu? Pewne zjawiska występują obiektywnie, niezależnie od naszej woli oraz naszej indywidualnej percepcji tych zjawisk. Tak jest właśnie z homofobią.
Pewnie, że wszystko zależy od tego, jak definiujemy homofobię i które zachowania uznajemy za homofobiczne, a które za uprawnione i zasadne. Dla niektórych to, że znakomita większość jawnych gejów w Polsce nie została choćby raz pobita za swoją homoseksualność, jest koronnym dowodem na to, że w Polsce nie ma homofobii. Dla innych dowodem na brak homofobii jest to, że kodeks karny nie przewiduje przestępstwa w postaci zachowań seksualnych między osobami tej samej płci. Jeszcze inni mówią, że skoro są lokale branżowe, w których mogą bawić się jak chcą (tzn. m.in. zachowywać tak, jak nie zachowują się w lokalach niebranżowych - obejmować partnera/partnerkę tej samej płci, przytulać, całować, tańczyć ze sobą), to oznacza, że homofobii nie ma. A jeszcze inni mówią, że brak regulacji prawnych dotyczących związków osób tej samej płci im nie przeszkadza, że takie regulacje w ogóle nie są im potrzebne. Są też tacy, którzy twierdzą, że nie czują potrzeby ujawniania, jakiej są orientacji seksualnej, że to ich "prywatna sprawa", z którą nie tyle się kryją, ile zachowują ją dla siebie - i nie widzą sprzeczności między swoim postępowaniem, a postępowaniem osób heteroseksualnych, które, zasadniczo nieświadomie, komunikują swoją heteroseksualność na każdym kroku (gestem, zachowaniem, żartem w rozmowie, komentarzem czy komplementem pod adresem osoby płci przeciwnej, krótką historyjką z życia domowego rzuconą podczas przerwy na kawę w pracy etc.). Są osoby, którym nie przeszkadzają homofobiczne wypowiedzi polityków, duchownych czy nawet "szarych ludzi z ulicy" - osoby te twierdzą, że takie wypowiedzi ich nie obchodzą i nie dotyczą, nawet jeśli są formułowane pod adresem wszystkich osób LGB jako takich.
Te podejścia do występowania homofobii biorą się z tego, że każda osoba może, na swoje wewnętrzne potrzeby, ustalić taką granicę percepcji zjawiska homofobii, jaką chce. Może ją tak ustawić, że homofobii nie stwierdzi w żadnym kraju na świecie. Może ją też tak ustawić, że niedopuszczalny poziom homofobii osiągną dla niej Holandia, Szwecja czy Hiszpania.
Jestem wyoutowany tak szeroko, jak to możliwe - brakuje mi tylko wyraźnego napisu na czole "Jestem gejem". Nigdy nie pobito mnie za to, że jestem gejem. Nie wyrzucono mnie z tego powodu z pracy ani z domu. Nie uchwalono przeciwko mnie ustawy zakazującej "promocji homoseksualizmu". Cieszę się z każdego z tych powodów. A jednak homofobia dotyka także mnie. Homofobia "zwykłych ludzi", którzy nie przepraszają - szczerze czy nieszczerze - za swoje słowa w dwie minuty po ich wypowiedzeniu. Ci zwykli ludzie są wszędzie - w polityce, u mnie w pracy, w bloku, w którym mieszkam, a także w niebranżowym lokalu, z którego "za gejostwo" wyrzucono mojego kolegę. To ci ludzie tworzą homofobiczną kulturę, wykluczającą istnienie osób LGB, to oni decydują o kształcie przepisów oraz decyzjach władz - dla których potrzeby osób LGB w ogóle nie istnieją. Nie jestem ponad to. I nie będę czekał, aż mnie pobiją, bo jestem ubrany "różowo jak pedał".
Dla mnie występowanie homofobii jest tak oczywiste, jak występowanie korupcji (czy przestępczości w ogóle), zanieczyszczenia środowiska albo kryzysu światowych finansów. Czy ktoś, kogo nigdy nie napadnięto, nie okradziono albo komu nigdy nie grożono będzie negować przestępczość? Czy ktoś, kto mieszka daleko od oczyszczalni ścieków, zakładów przemysłowych, elektrowni, kopalni albo dróg może negować zanieczyszczanie środowiska? Czy jeśli kogoś nie zwolniono z pracy, nie obniżono mu wynagrodzenia, ani nie odmówiono kredytu, to może mówić, że nie ma żadnego kryzysu? Pewne zjawiska występują obiektywnie, niezależnie od naszej woli oraz naszej indywidualnej percepcji tych zjawisk. Tak jest właśnie z homofobią.
Szczera prawda, choć miałbym klika ale. Jednak nie będę się rozpisywał, gdyż wierzę, że to nie jest koniec dywigacji. Co do tematu poruszonego przez e-mail to drogi Wojtku, prześlę ci zabawną historię. Pozdrawiam - Kujkuje
strony: 1 2












0
0























