Koko de Bizu (4)

Transportowe szaleństwo


Witajcie Ptaszęta!

Chociaż właściwie to o sobie chyba tak powinnam napisać, bo firma rzuca mnie samolotami ostatnio po całym świecie, w szał jakiś powpadali. Od jesieni cisza, spokój, już nawet przeglądanie w biurze katalogów biżuterii i aranżowanie zbędnych spotkań z najwymyślniejszymi agencjami designerskimi zaczynało mnie nużyć, a teraz nagle natłok doznań, zdarzeń i podróży: dziś Berlin, jutro NY, a w piątek - niech zajrzę do terminarza na biodrze mojego słodkiego Maxa - zapewne znów jakaś Brazylia.

Mimo lat wprawy (a może właśnie w miarę ich upływu) z trudem koordynuję dobór kremów i odżywek stosownie do skokowych zmian klimatycznych. Nie nadążam nawet butów zmienić między odprawami, a co dopiero mówić o przepakowywaniu walizek! Mimo najszczerszych chęci, nie starczyłoby mi ani czasu, ani - nie sądziłam, że kiedykolwiek dojdę do tak dramatycznego wyznania - odzieży! Ustawiam zatem tylko w galopadzie między taksówkami kolejne pakunki w przedpokoju, a z kolejnej podróży wracam już z następnymi, z kompletem gustownych kreacji, zakupionych mimochodem i po drodze - ale przecież nie bez smaku i namysłu. Jako kobieta elegancka wiem bowiem, że kto nie znajdzie czasu na porządne zakupy, kupuje dwa razy. Czy jakoś tak...

To akurat pozytywy tego transportowego szaleństwa, bo w myśl tai-chi, fung-shui czy innej kamasutry zawsze jakieś znajdę. Ostatecznie to wojaże służbowe, więc korzystam do woli z firmowych kart: w czymś się przecież na spotkaniach pokazać trzeba. Skutkiem tego powoli dochodzę do stanu, że już wkrótce najstarsze z porzuconych waliz po prostu wylądują na śmietniku w ramach wiosennych porządków, a wymiana zawartości w szafach odbędzie się niejako samoczynnie na zasadzie: co się nie mieści w drzwiach, wypchnij oknem. Czy jakoś tak...

W myśl tych samych zasad życia w równowadze i zgodzie ze sobą samą (bo po ostatniej awanturze o zgodzie z matką zapomnieć mogę ostatecznie), pamiętam także o codziennej porcji relaksu. Jako że seks tantryczny nuży mnie już nieco, zwłaszcza że nie zawsze akurat te mięśnie się w jego konsekwencji rozluźniają, co powinny, często funduję sobie najzwyklejszy kwadrans estetyczny: siadam w hotelowej kawiarni lub restauracji nad filiżanką aromatycznej herbaty po to tylko, by przez piętnaście minut pokontemplować uroczy rozgardiasz boyów, kelnerów i młodzieńców wszelkiej innej maści. Bo jak powiadają stare, przemądre Włoszki: wystarczy siąść na wylocie, a na pewno coś wleci. No, może niekoniecznie w Islandii.

Za to - a propos piątku - w Rio chwile te urastają wprost proporcjonalnie do ilości odsłoniętych ciał do rangi przeżyć prawdziwie zmysłowych, a często także i dalszych, lub (rzec by należało) głębszych. Gdyby nie życzliwość, kurtuazja i bezpretensjonalność tamtejszych mężczyzn, doprawdy nie wiem, jak udało by mi się przetrwać conocne uciążliwości zmian czasowych i klimatycznych, że o klimakteryjnych nie wspomnę. Bo o ich przymiotach fizycznych rozprawiać chyba nie muszę. Chociaż przyznać trzeba, że co tam ogólne pojęcie! Nic tak nie kształci, jak regularne podróże.

Czego i Wam, Skarbeńki, życzę

Wasza zabiegana KOKO





 Poprzedni odcinek wyznań Koko de Bizu

 QueerPop.pl

Tagi:  koko de bizu,  drag queen

artykuł IS
szukaj w hiacyncie
witryna WWW
e-mail
klip audio
klip video

podoba mi się nie podoba mi się
Jeśli chcesz określić że podoba Ci się lub nie najpierw się zaloguj.


Aktualnie nie ma żadnych komentarzy.





Zaloguj się
konto:
hasło:
» logowanie

Zaloguj Zaloguj
» zarejestruj się za darmoi skorzystaj z wszystkich funkcji naszego portalu randka gej książki les gej lgbt

 
teraz wszystkich online: 327
Mamy już 79047 zarejestrowanych użytkowników.
Dołącz do największej społeczności gej&les w Polsce!

patronat




      czas generowania: 0.018 s.