jak nic w dziecinstwie bylem lobuzem :P no i zgadza sie fakt, ze pozniej decyzduja sie na zwiazki....bo ja jeszcze nie bylem w zwiazku.
@basta
>Miałem na myśli tworzenie z homoseksualizmu pewnej figury problematycznej medycznie i biologicznie. W takiej perspektywie w XIX w. skontruowano słowo homoseksualizm dla określenia szerszego zjawiska demograficznego, które następnie wykluczono i spatologizowano klasyfikując je jako homoseksualizm właśnie.
Lub też, wprowadzono po prostu słowo dla nazwania rzeczy, która już wcześniej istniała (przez rzecz rozumiem tu postrzeganie homoseksualizmu jako patologicznego, negatywnego i złego).
>Zawsze można powiedzieć, że jest to czepianie się, jednak równie dobrze można się zastanowić, czy nie lepiej porzucić naładowaną pejoratywnie i naukowo termonologię na rzecz bardziej osobistej i emocjonalnej, np. homoseksualność.
To walka z objawami, jeśli negatywne postawy i teorie zostaną zachowane, to w najlepszym razie sama homoseksualność ulegnie patologizacji tak jak wcześniej homoseksualizm.
>Nigdy nie jest bezstronna, ponieważ żaden człowiek nie jest zawieszonym w próżni, bezstronnym obserwatorem.
Warto zauważyć, że "queerowiec" czy zwolennik filozofii Focault też nie dysponuje obiektywnym widzeniem.
>Oświeceniowa objektywność zachodniej nauki (rozum, umysł, uniwersalizm) jest mrzonką, jest sztucznym konstruktem podważonym już przez Marksa, Gramsciego, teorie krytyczne szkoły frankfurckiej, Kuhna, postmodernizm, postkolonializm, studia subalternistyczne, feministyczne, queerowe i gejowskie.
Szkoda, że w tym kontekście nie wspomniałeś o krytycznym racjonalizmie Poppera - pozwala w innej perspektywie dostrzec znaczenie owego "podważenia".
> I tak jak naukowiec nie może być bogiem, z góry patrzącym objektywnie i apolitycznie, tak nie istnieje punkt widzenia z nikąd, idealna perspektywa pozbawiona jakichkolwiek kulturowych, wiekowych, genderowych czy klasowych konotacji.
Wszelako żadne z tych konotacji nie są nie do odrzucenia. I jak pokazał rozwój psychologii, krytyczny element nauki pozwala odrzucać dowolne kulturowo warunkowane założenia. W istocie, nie ma wytworu ludzkiej kultury bardziej niezależnego od kultury od nauki (dość powiedzieć, pomimo wielości kultur jest jedna nauka).
To zabawne, bo właśnie dynamizm, empirycznosć i falsyfikowalność teorii naukowych stanowią o fundamentalnie antyesencjalnym charakterze nauki. Tymczasem queer by uprawomocnić swoją krytykę nauki jako opresywnej narracji na siłę wpycha teorie naukowe w ramy swych esencjalizujących rekonstrukcji by następnie móc je krytykować za pomocą swych metafizycznych założeń o destabilizacji znaczeń.
>Dlatego też wszelkie opracowania naukowe nie są tylko niewinnym stwierdzaniem faktów
Oczywiście, że nie mogą być - są co najwyżej teoriami o świecie a nie światem (faktami) samym w sobie.
>Dlatego nie sposób oddzielić wiedzy od władzy (jak zauważył Foucault), zatem również wiedzy od ideologii.
Nie sposób? Jak dla mnie, to czyste hipostazy, które swym wszechwyjasniajacym charakterem odsłaniają poznawczą pustkę.
Jak na przykład wiedza-władza ma się do współczesnej psychologii, która krytycznie odrzuciła "patologiczne" ujmowanie homoseksualizmu?
Albo do teorii o homoseksualizmie męskim jako efekcie ekspresji genów zwiększających płodność u kobiet?
Lub krótko - jaką rolę w focaultowskiej rekonstrukcji nauki mają do odegrania fakty?
>Miałem na myśli tworzenie z homoseksualizmu pewnej figury problematycznej medycznie i biologicznie. W takiej perspektywie w XIX w. skontruowano słowo homoseksualizm dla określenia szerszego zjawiska demograficznego, które następnie wykluczono i spatologizowano klasyfikując je jako homoseksualizm właśnie.
Lub też, wprowadzono po prostu słowo dla nazwania rzeczy, która już wcześniej istniała (przez rzecz rozumiem tu postrzeganie homoseksualizmu jako patologicznego, negatywnego i złego).
>Zawsze można powiedzieć, że jest to czepianie się, jednak równie dobrze można się zastanowić, czy nie lepiej porzucić naładowaną pejoratywnie i naukowo termonologię na rzecz bardziej osobistej i emocjonalnej, np. homoseksualność.
To walka z objawami, jeśli negatywne postawy i teorie zostaną zachowane, to w najlepszym razie sama homoseksualność ulegnie patologizacji tak jak wcześniej homoseksualizm.
>Nigdy nie jest bezstronna, ponieważ żaden człowiek nie jest zawieszonym w próżni, bezstronnym obserwatorem.
Warto zauważyć, że "queerowiec" czy zwolennik filozofii Focault też nie dysponuje obiektywnym widzeniem.
>Oświeceniowa objektywność zachodniej nauki (rozum, umysł, uniwersalizm) jest mrzonką, jest sztucznym konstruktem podważonym już przez Marksa, Gramsciego, teorie krytyczne szkoły frankfurckiej, Kuhna, postmodernizm, postkolonializm, studia subalternistyczne, feministyczne, queerowe i gejowskie.
Szkoda, że w tym kontekście nie wspomniałeś o krytycznym racjonalizmie Poppera - pozwala w innej perspektywie dostrzec znaczenie owego "podważenia".
> I tak jak naukowiec nie może być bogiem, z góry patrzącym objektywnie i apolitycznie, tak nie istnieje punkt widzenia z nikąd, idealna perspektywa pozbawiona jakichkolwiek kulturowych, wiekowych, genderowych czy klasowych konotacji.
Wszelako żadne z tych konotacji nie są nie do odrzucenia. I jak pokazał rozwój psychologii, krytyczny element nauki pozwala odrzucać dowolne kulturowo warunkowane założenia. W istocie, nie ma wytworu ludzkiej kultury bardziej niezależnego od kultury od nauki (dość powiedzieć, pomimo wielości kultur jest jedna nauka).
To zabawne, bo właśnie dynamizm, empirycznosć i falsyfikowalność teorii naukowych stanowią o fundamentalnie antyesencjalnym charakterze nauki. Tymczasem queer by uprawomocnić swoją krytykę nauki jako opresywnej narracji na siłę wpycha teorie naukowe w ramy swych esencjalizujących rekonstrukcji by następnie móc je krytykować za pomocą swych metafizycznych założeń o destabilizacji znaczeń.
>Dlatego też wszelkie opracowania naukowe nie są tylko niewinnym stwierdzaniem faktów
Oczywiście, że nie mogą być - są co najwyżej teoriami o świecie a nie światem (faktami) samym w sobie.
>Dlatego nie sposób oddzielić wiedzy od władzy (jak zauważył Foucault), zatem również wiedzy od ideologii.
Nie sposób? Jak dla mnie, to czyste hipostazy, które swym wszechwyjasniajacym charakterem odsłaniają poznawczą pustkę.
Jak na przykład wiedza-władza ma się do współczesnej psychologii, która krytycznie odrzuciła "patologiczne" ujmowanie homoseksualizmu?
Albo do teorii o homoseksualizmie męskim jako efekcie ekspresji genów zwiększających płodność u kobiet?
Lub krótko - jaką rolę w focaultowskiej rekonstrukcji nauki mają do odegrania fakty?
Miałem na myśli tworzenie z homoseksualizmu pewnej figury problematycznej medycznie i biologicznie. W takiej perspektywie w XIX w. skontruowano słowo homoseksualizm dla określenia szerszego zjawiska demograficznego, które następnie wykluczono i spatologizowano klasyfikując je jako homoseksualizm właśnie. Co ciekawe termin heteroseksualizm powstał później, niż homoseksualizm, w przeciwieństwie do dewiacji jaką miał być ten drugi. I nie mam na myśli zachowań homoseksualnych (wcześniej określaych na różne sposoby, dziś już rzadkie), ale naukowe biologiczno-medyczne pojęcie stosowane w celu patologizowania i wykluczenia pewnych zachowań, zaklasyfikowanych łącznie jako homoseksualizm. Zawsze można powiedzieć, że jest to czepianie się, jednak równie dobrze można się zastanowić, czy nie lepiej porzucić naładowaną pejoratywnie i naukowo termonologię na rzecz bardziej osobistej i emocjonalnej, np. homoseksualność. Oczywiście nie mówię, że tak należy zrobić, można rozpatrzyć różne możliwości. Istnieje też droga odzyskiwania języka i znaczeń, i tak jak Roberts Nickie w swej książce: "Dziwki w historii..."odzyskuje pojęcie kurwy (określenie prostytutki), dotąd wartościowane negatywnie, tak można starać się odzyskać słowo "pedał" lub "homoseksualizm". Można też próbować zastępować je innymi.
Co do nauki. To, że nauka jest bezstronna to spojrzenie idealistyczne. Nigdy nie jest bezstronna, ponieważ żaden człowiek nie jest zawieszonym w próżni, bezstronnym obserwatorem. Naukowiec, tak jak każdy człowiek, jest usytuowany w określonym kontekście historycznym, kulturowym, politycznym, klasowym i genderowym. Oświeceniowa objektywność zachodniej nauki (rozum, umysł, uniwersalizm) jest mrzonką, jest sztucznym konstruktem podważonym już przez Marksa, Gramsciego, teorie krytyczne szkoły frankfurckiej, Kuhna, postmodernizm, postkolonializm, studia subalternistyczne, feministyczne, queerowe i gejowskie. I tak jak naukowiec nie może być bogiem, z góry patrzącym objektywnie i apolitycznie, tak nie istnieje punkt widzenia z nikąd, idealna perspektywa pozbawiona jakichkolwiek kulturowych, wiekowych, genderowych czy klasowych konotacji. Dlatego też wszelkie opracowania naukowe nie są tylko niewinnym stwierdzaniem faktów, ale są usytuowane historycznie i kulturowo, są również oparte na konkretnej, politycznej i maskulinistycznej epistemologii. Dlatego nie sposób oddzielić wiedzy od władzy (jak zauważył Foucault), zatem również wiedzy od ideologii. Nie sposób postawić granicy pomiędzy władzą, a językiem, językiem, a ideologią, nauką, a władzą, ideologią, hegemonią i językiem. Trzeba mieć świadomość problematyczności tych poziomów i ich relacji między sobą, ale nie ma się co łudzić, że obserwacje naukowe są jedynie stwierdzaniem faktów.
pozdrawiam!
p.s. wreszcie czerwiec jedzie pełną parą i pakuje swoje porno do mojego pokoju
Co do nauki. To, że nauka jest bezstronna to spojrzenie idealistyczne. Nigdy nie jest bezstronna, ponieważ żaden człowiek nie jest zawieszonym w próżni, bezstronnym obserwatorem. Naukowiec, tak jak każdy człowiek, jest usytuowany w określonym kontekście historycznym, kulturowym, politycznym, klasowym i genderowym. Oświeceniowa objektywność zachodniej nauki (rozum, umysł, uniwersalizm) jest mrzonką, jest sztucznym konstruktem podważonym już przez Marksa, Gramsciego, teorie krytyczne szkoły frankfurckiej, Kuhna, postmodernizm, postkolonializm, studia subalternistyczne, feministyczne, queerowe i gejowskie. I tak jak naukowiec nie może być bogiem, z góry patrzącym objektywnie i apolitycznie, tak nie istnieje punkt widzenia z nikąd, idealna perspektywa pozbawiona jakichkolwiek kulturowych, wiekowych, genderowych czy klasowych konotacji. Dlatego też wszelkie opracowania naukowe nie są tylko niewinnym stwierdzaniem faktów, ale są usytuowane historycznie i kulturowo, są również oparte na konkretnej, politycznej i maskulinistycznej epistemologii. Dlatego nie sposób oddzielić wiedzy od władzy (jak zauważył Foucault), zatem również wiedzy od ideologii. Nie sposób postawić granicy pomiędzy władzą, a językiem, językiem, a ideologią, nauką, a władzą, ideologią, hegemonią i językiem. Trzeba mieć świadomość problematyczności tych poziomów i ich relacji między sobą, ale nie ma się co łudzić, że obserwacje naukowe są jedynie stwierdzaniem faktów.
pozdrawiam!
p.s. wreszcie czerwiec jedzie pełną parą i pakuje swoje porno do mojego pokoju
basta:
Homoseksualiz, heteroseksualizm i biseksualizm, to terminy naukowe jezykowo zbudowane na podstawie grecko-łacińskiej, więc przyrostek -izm jest tu jak najbardziej na miejsu. Zresztą to sa rzeczowniki nazywające pewne cechy i czynności, a nie jednostki chorobowe. To jak dla mnie czepianie sie na siłe ;P
Co do moralności... Nauka sama w sobie jest bezstronna i jedynie opisuje mechanizmy rzadzące światem, nie ważne jak oczywiste czy pospolite by nie byly. Nie ma tu miejsca na wzniosłą moralność (jedynie metody badawcze nie powinny przekraczać granic moralnych).
eke:
Środowisko rozumiane zarówno wąsko jak i szeroko - całość.
W dzisiejszych czasach gospodarka wywiera ogromny wpływ na kulture - trendy, mody sztucznie kreowane przez marketingowców i szukanie ciagle nowego targetu dla róznego typu produktów. Mniejszości LGBT są doskonałym terytorium ekspansji dla chcących zwiekszenia zysków przedsiembiorstw. Zmiany społeczne są wymuszane więc w dużej częsci przez chciwość :D
Zauważmy jak zmieniają się wizerunki kobiet i mężczyzn w reklamie.
[..]aby nie używać raczej pojęcia 'homoseksualizm' skonstruowanego w dyskursie biologiczno-medycznym na określenie choroby, za którą w XIX w. uważano homoseksualność [...]
Homoseksualiz, heteroseksualizm i biseksualizm, to terminy naukowe jezykowo zbudowane na podstawie grecko-łacińskiej, więc przyrostek -izm jest tu jak najbardziej na miejsu. Zresztą to sa rzeczowniki nazywające pewne cechy i czynności, a nie jednostki chorobowe. To jak dla mnie czepianie sie na siłe ;P
Co do moralności... Nauka sama w sobie jest bezstronna i jedynie opisuje mechanizmy rzadzące światem, nie ważne jak oczywiste czy pospolite by nie byly. Nie ma tu miejsca na wzniosłą moralność (jedynie metody badawcze nie powinny przekraczać granic moralnych).
eke:
Niemniej wymaga doprecyzowania pojęcie "środowisko".
Środowisko rozumiane zarówno wąsko jak i szeroko - całość.
W dzisiejszych czasach gospodarka wywiera ogromny wpływ na kulture - trendy, mody sztucznie kreowane przez marketingowców i szukanie ciagle nowego targetu dla róznego typu produktów. Mniejszości LGBT są doskonałym terytorium ekspansji dla chcących zwiekszenia zysków przedsiembiorstw. Zmiany społeczne są wymuszane więc w dużej częsci przez chciwość :D
Zauważmy jak zmieniają się wizerunki kobiet i mężczyzn w reklamie.
Podział czynników wpływających na orientację na "środowisko-geny" jest dosyć uproszczony.
Pomija na przykład możliwość wpływu gospodarki hormonalnej matki, który to formował by orientację jako coś wrodzonego ale nie dziedzicznego.
Pomija na przykład możliwość wpływu gospodarki hormonalnej matki, który to formował by orientację jako coś wrodzonego ale nie dziedzicznego.
Tak jak powiedział Vincey, dychotomiczny podział nie sprawdza się reprezentatywnie, ale moim zdaniem dla zobrazowania sytuacji w bardzo uproszczony sposób można go było zastosować. Artykuł i praca tego naukowca pokazują, że oczywiście, gejami nie są tylko zniewieściali, delikatni bądź bardziej wrażliwi faceci, ale również typy macho. To jednak nic nowego. Wynika z tego jednak, że twardzielom z powodu presji społecznej i przyjętej roli prawdziwego faceta, trudniej jest się przyznać przed samym sobą i przed światem do swojej homoseksualności.
Wydaje mi się, iż jako że język jest polem walki, wojną o tworzenie i modyfikowanie znaczeń, starciem o obalanie hegemonii kulturowej, ważne jest, aby nie używać raczej pojęcia 'homoseksualizm' skonstruowanego w dyskursie biologiczno-medycznym na określenie choroby, za którą w XIX w. uważano homoseksualność - to ostatnie pojęcie wykreowane na polu humanistycznym dzięki studiom feministycznym, gejowskim, emancypacyjnym ma podkreślać 'normalność' i zaprzeczać medyczno-biologiczno-patologicznym konotacjom. Jednak się nie czepiam, tak sobie zauważam, jak co.
Szukać źródeł homoseksualności można tak samo, jak szukać źródeł heteroseksualności. Jeżeli rolą nauki jest problematyzowanie najbardziej oczywistych i potocznych zachowań, szukanie ich źródeł i próba ich opisania, to można dociekać mechanizmów biorących udział w kształtowaniu psychiki i kulturowych wzorców. Jednak poprzez zbyt mały nacisk na moralną stronę wszelkiej nauki, często jej owoce są nadinterpretowane bądź wypaczane.
Odniosę się jeszcze tylko, jeśli można, do kwestii środowiska, poruszonej niżej. W szerszym znaczeniu cała kultura, która opiera się na maskulinistycznych, naturalizujących sztuczne klasyfikacje, mechanizmach socjalizacji, ładowana nam do głowy od najmłodszych lat w rodzinie, w szkole, na podwórku, za pomocą tv, filmów, gier wzorców zachowań i ról, które powinniśmy przyjmować, w jakimś stopniu określa nasz sposób myślenia, odczuwania, interpretowania i zachowania się. To jest szersze środowisko, które jest dla nas tak naturalne, że nie zdajemy sobie sprawy z procesów w nim zachodzących i nas tworzących. I tak, jak w starożytnej Grecji posiadanie młodego kochanka przez starszego, doświadczonego życiem mężczyznę, również żonatego, było zupełnie normalne i nie problematyzowane na codzień, tak dziś jedynie słuszna heteroseksualna orientacja nie jest tak problematyzowana, jak homoseksualna, której nadaje się status czegoś dziwnego. Nie pytamy, dlaczego ludzie są hetero, ale pytamy dlaczego niektórzy są homo.
Wydaje mi się, iż jako że język jest polem walki, wojną o tworzenie i modyfikowanie znaczeń, starciem o obalanie hegemonii kulturowej, ważne jest, aby nie używać raczej pojęcia 'homoseksualizm' skonstruowanego w dyskursie biologiczno-medycznym na określenie choroby, za którą w XIX w. uważano homoseksualność - to ostatnie pojęcie wykreowane na polu humanistycznym dzięki studiom feministycznym, gejowskim, emancypacyjnym ma podkreślać 'normalność' i zaprzeczać medyczno-biologiczno-patologicznym konotacjom. Jednak się nie czepiam, tak sobie zauważam, jak co.
Szukać źródeł homoseksualności można tak samo, jak szukać źródeł heteroseksualności. Jeżeli rolą nauki jest problematyzowanie najbardziej oczywistych i potocznych zachowań, szukanie ich źródeł i próba ich opisania, to można dociekać mechanizmów biorących udział w kształtowaniu psychiki i kulturowych wzorców. Jednak poprzez zbyt mały nacisk na moralną stronę wszelkiej nauki, często jej owoce są nadinterpretowane bądź wypaczane.
Odniosę się jeszcze tylko, jeśli można, do kwestii środowiska, poruszonej niżej. W szerszym znaczeniu cała kultura, która opiera się na maskulinistycznych, naturalizujących sztuczne klasyfikacje, mechanizmach socjalizacji, ładowana nam do głowy od najmłodszych lat w rodzinie, w szkole, na podwórku, za pomocą tv, filmów, gier wzorców zachowań i ról, które powinniśmy przyjmować, w jakimś stopniu określa nasz sposób myślenia, odczuwania, interpretowania i zachowania się. To jest szersze środowisko, które jest dla nas tak naturalne, że nie zdajemy sobie sprawy z procesów w nim zachodzących i nas tworzących. I tak, jak w starożytnej Grecji posiadanie młodego kochanka przez starszego, doświadczonego życiem mężczyznę, również żonatego, było zupełnie normalne i nie problematyzowane na codzień, tak dziś jedynie słuszna heteroseksualna orientacja nie jest tak problematyzowana, jak homoseksualna, której nadaje się status czegoś dziwnego. Nie pytamy, dlaczego ludzie są hetero, ale pytamy dlaczego niektórzy są homo.
Wygląda na to, że obaj unikamy skrajności w kwestii środowisko-geny. Niemniej wymaga doprecyzowania pojęcie "środowisko". Jeśli chodzi o najbliższe otoczenie, to wpływ może być bardzo silny, zwłaszcza w rodzinach, której członkowie mają zaburzenia emocjonalne. Jeśli mowa o środowisku w szerszym rozumieniu, to prócz wspomnianej przez pana Grecji nic nie przychodzi mi do głowy. Więcej przykładów? :)
eke:
Nie mówie, że homoseksualizm, lub heteroseksualizm jako orientacje seksualne są wrodzone (nie oznacza to, że genetyczne). Praktycznie wszystkich ludzi można uszeregować na skali od hetero do homo, więc ostatecznie ludzie są z natury biseksualni. Tutaj jednak wchodzi ta nasza socjalizacja i identyfikowanie się z jedną grupą, bo ludzie zawsze mieli i mają nadal skłonnoś do myślenia dychotomicznego, dzielenia świata na dwa kolory. Poza tym nastrój konfliktu wokół sprawy orientacji seksualnej zmusza ludzi do stawania po którejś stronie "barykady".
Wpływ kultury oczywiście jest wielki na kształtowanie się seksualności człowieka, przykładem może być starozytna grecja... Ostatecznie jednak większość ludzi skłania się naturalnie (co ma prawdopodobnie związek z budową mózgu) bardziej w stronę jednej ze skrajności.
Skłaniam się do koncepcji, iż środowisko w którym się wychowujemy wzmacnia, bądź osłabia nasze wrodzone predyspozycje. Tak samo jak jest z lewo i praworęcznością. Któraś funkcja , srona ciała, komponent orientacji seksualnej dominuje, ale zawsze istnieje ta ta cześć słabiej rozwinieta i mniej chętnie używana (a przez niektórych całkowicie zaniedbana. lub wręcz niechciana i wypierana)
raziel:
Wydaje mi się, że nie jedynie na jej wyrażenie, ale sam kształt. Nie uwierzę ani w stuprocentowe uwarunkowanie genetyczne ani w kompletny ciąg przyczynowo-skutkowy. Prawda musi leżeć pomiędzy, [...]
Wydaje mi się, że socjalizacja i wychowanie nie mogą kształtować orientacji seksualnej, choć napewno mają wpływ na jej ekspresje.
Wydaje mi się, że nie jedynie na jej wyrażenie, ale sam kształt. Nie uwierzę ani w stuprocentowe uwarunkowanie genetyczne ani w kompletny ciąg przyczynowo-skutkowy. Prawda musi leżeć pomiędzy, [...]
Nie mówie, że homoseksualizm, lub heteroseksualizm jako orientacje seksualne są wrodzone (nie oznacza to, że genetyczne). Praktycznie wszystkich ludzi można uszeregować na skali od hetero do homo, więc ostatecznie ludzie są z natury biseksualni. Tutaj jednak wchodzi ta nasza socjalizacja i identyfikowanie się z jedną grupą, bo ludzie zawsze mieli i mają nadal skłonnoś do myślenia dychotomicznego, dzielenia świata na dwa kolory. Poza tym nastrój konfliktu wokół sprawy orientacji seksualnej zmusza ludzi do stawania po którejś stronie "barykady".
Wpływ kultury oczywiście jest wielki na kształtowanie się seksualności człowieka, przykładem może być starozytna grecja... Ostatecznie jednak większość ludzi skłania się naturalnie (co ma prawdopodobnie związek z budową mózgu) bardziej w stronę jednej ze skrajności.
Skłaniam się do koncepcji, iż środowisko w którym się wychowujemy wzmacnia, bądź osłabia nasze wrodzone predyspozycje. Tak samo jak jest z lewo i praworęcznością. Któraś funkcja , srona ciała, komponent orientacji seksualnej dominuje, ale zawsze istnieje ta ta cześć słabiej rozwinieta i mniej chętnie używana (a przez niektórych całkowicie zaniedbana. lub wręcz niechciana i wypierana)
raziel:
Wydaje mi się, że nie jedynie na jej wyrażenie, ale sam kształt. Nie uwierzę ani w stuprocentowe uwarunkowanie genetyczne ani w kompletny ciąg przyczynowo-skutkowy. Prawda musi leżeć pomiędzy, czytałem i Cohena i van Aardwega i nie przekonali mnie w pełni, jednak nie sposób nie zastanowić się nad paroma kwestiami - niemal zawsze problem z ojcem i/lub matką, nieadekwatne poczucie własnej wartości (zawyżone/zaniżone), mniejszy lub większy egocentryzm. Takich cech jest wiele, zarówno u osób hetero, jak i homo, jednak często kluczem okazuje się coś z pozoru nieistotnego, jak nazwanie przez kogoś z ulicy "pedałem" czy poważnie potraktowane zainteresowanie seksualne kimś o tej samej płci, co zdarza się dużej części dorastającej młodzieży (w większości tylko po to, by minąć).
Wiem, że na publikacje wymienionych autorów większość gejów i lesbijek reaguje alergicznie, podobnie jak ja na początku, warto jednak przeczytać i zorientować się, co mają oni do powiedzenia.
Wydaje mi się, że socjalizacja i wychowanie nie mogą kształtować orientacji seksualnej, choć napewno mają wpływ na jej ekspresje.
Wydaje mi się, że nie jedynie na jej wyrażenie, ale sam kształt. Nie uwierzę ani w stuprocentowe uwarunkowanie genetyczne ani w kompletny ciąg przyczynowo-skutkowy. Prawda musi leżeć pomiędzy, czytałem i Cohena i van Aardwega i nie przekonali mnie w pełni, jednak nie sposób nie zastanowić się nad paroma kwestiami - niemal zawsze problem z ojcem i/lub matką, nieadekwatne poczucie własnej wartości (zawyżone/zaniżone), mniejszy lub większy egocentryzm. Takich cech jest wiele, zarówno u osób hetero, jak i homo, jednak często kluczem okazuje się coś z pozoru nieistotnego, jak nazwanie przez kogoś z ulicy "pedałem" czy poważnie potraktowane zainteresowanie seksualne kimś o tej samej płci, co zdarza się dużej części dorastającej młodzieży (w większości tylko po to, by minąć).
Wiem, że na publikacje wymienionych autorów większość gejów i lesbijek reaguje alergicznie, podobnie jak ja na początku, warto jednak przeczytać i zorientować się, co mają oni do powiedzenia.



































































0
0


















