Łobuzy i maminsynki

Z małego chłopca duży gej

- Janusz Boguszewicz -

Dzieciństwo stało zawsze w centrum zainteresowania badaczy homoseksualizmu. Za zachodnią granicą powstają nawet monografie temu tematowi poświęcone. Autorem jednej z nich jest Thomas Grossmann, niemiecki psycholog, psychoterapeuta, (autor m.in. pracy doktorskiej: Prä-homosexuelle Kindheiten: Eine empirische Untersuchung über Geschlechtsrollenkonformität und -nonkonformität bei homosexuellen Männern in Kindheit, Jugend und Erwachsenenalter („Dzieciństwo pre-homoseksualne, badania empiryczne nad zgodnością ról płciowych i jej brakiem u mężczyzn homoseksualnych w okresie ich dzieciństwa, młodości oraz lat dojrzałych”, wyd. 2000-2006), który próbuje wytropić mechanizmy „stawania się gejem”, dochodząc przy tym do zadziwiających wniosków.

Tomek i Michał chodzą do drugiej klasy podstawówki: obaj mają siedem lat. Tomek uwielbia ganiać się z kolegami na przerwach, na boisku grać w nogę, zaczepiać dziewczynki - uważa je za głupie. Tomek jest silny, głośny, śmiały i lubiany w klasie przez rówieśników. Nauczycieli nie zachwyca jednak częsta błazenada i „niegrzeczność” małego urwisa. Wolą mieć do czynienia z Michałkiem.
Michał jest spokojny, uważny, na przerwach bawi się sam. Czasem lubi poskakać z przyjaciółkami w gumę lub skakankę. Nie znosi za to bić się z chłopakami, uważa ich za hałaśliwych i ordynarnych. Czasem chłopcy nabijają się z Michała uważając go za „babę” i łamagę.
Gdy Michał spogląda na swoje koleżanki, zazdrości im ładnych wyprasowanych bluzek i sukienek, długich pachnących włosów – których on mieć nie może. Dziesięć lat później Michał decyduje się dołączyć do grupy młodzieżowej organizacji gejowskiej. Od dawna wie, że jego orientacja seksualna jest inna. Spotyka tam twarze nowe, ale i od dawna znane. Wśród młodych gejów znajduje też kogoś, kogo nigdy by się tu nie spodziewał – Tomka. I nie tylko Michaś zadaje sobie pytanie: skąd się tutaj Tomek wziął: także psychologowie, wśród nich Thomas Grossmann, zadają to samo pytanie.

Grossmann przeprowadził wśród 151 dorosłych homoseksualistów ankietę, w której zadawał pytania dot. dzieciństwa. Potem przeprowadził z 1/5 ankietowanych wywiady. Wśród rozmówców spotkał oczywiście tzw. „maminsynków”, lecz również „łobuzów”, których dzieciństwo nie wskazywało na żadne oznaki „miękkości”, słabości, zniewieścienia bądź jakiejkolwiek inności. Przeciwnie – wykazywali oni w okresie pre-pubertalnym zainteresowania i sposoby zachowań „typowe dla chłopców”.

„Maminsynki” zdaniem Grossmanna preferują w dzieciństwie role i zabawy „neutralne płciowo” lub zgoła przypisywane tylko płci przeciwnej. Nie uprawiają w ogóle sportu, lub rzadziej - trenują indywidualne dyscypliny, schodzą przeciwnościom i przeszkodom z drogi, często czują się słabsi i bezradni. Ich tożsamość męska jest słaba i przeczuwają u siebie „żeńskie” komponenty, których tak naprawdę maminsynki nie akceptują i których się wstydzą. Często w grupie rówieśniczej mają poczucie „inności” i obcości.

„Łobuziaki” i „twardziele” preferują gry zespołowe i zabawy typowo „chłopięce”. Ulubioną dyscypliną bywa tu piłka nożna. Wolą grać na podwórku i spotykać się tam z innymi chłopakami. Tam czują się silni, zdolni do ataku i obrony, są w stanie zmierzyć swe siły w walce o pozycję dominującą. Często prowokują zachowania agresywne. Mają jasne poczucie swej męskiej roli i dominacji. Nie występuje u nich zachwiane auto-postrzeganie oraz poczucie „inności”. I właśnie ten fakt może budzić zdziwienie, bo mowa jest o dzieciństwie osób „homoseksualnych”, zatem spodziewać się można obrazu słabeusza, zachowującego się w sposób kobiecy chłopaka nazywanego w literaturze fachowej „sissy boy”.

Obie grupy, łobuzów i maminsynków, różnią się zdaniem Grossmanna szeregiem doświadczeń, przyzwyczajeń, preferencji i właściwości.

Jak liczne są obie grupy w populacji dzieci będących w przyszłości osobnikami homoseksualnymi nie jest precyzyjnie jasne. Osoby biorące udział w badaniach Thomasa Grossmanna stanowiły z punktu widzenia metodyki badań grupę mało reprezentacyjną dla całej populacji gejów w Niemczech. Badania te unaoczniły jednak typowe dla płci (gender) zachowania u chłopców, którzy w wieku dojrzałym deklarują się jako osoby homoseksualne. Należy też zauważyć, że tylko niecałe 50% dzieci określanych w dzieciństwie jako „sissy boy”, będzie później orientacji wyłącznie homoseksualnej.

Thomas Grossmann wychodzi z założenia, że zgodność ról płciowych pełnionych w dzieciństwie bądź jej brak mają znaczenie w późniejszym rozwoju orientacji homoseksualnej osób dorosłych, rozwój kontaktów socjalnych w ramach relacji rodzinnych oraz grup rówieśniczych. „Łobuzy” są dobrze w grupie zintegrowani, w większości wypadków mają też (starsze) męskie rodzeństwo służące im za wzorzec zachowań. Mają dobre stosunki z matką, która bywa dla nich bliższa niż ojciec, z którym relacje są z reguły również pozytywne. W okresie dojrzewania – uprawiają intensywnie sport i są akceptowani w męskiej grupie rówieśniczej. Proces zdobywania „autonomii” w kontaktach z rodzicami łobuzy zaczynają od rozluźnienia więzi emocjonalnych najpierw z ojcem.

„Maminsynki” są zazwyczaj outsiderami i samotnikami. Łatwiej identyfikują się z grupami rówieśniczymi płci przeciwnej. Lubią bawić się sami, w piaskownicy, w domu przy komputerze. Obecność innych powoduje u nich dyskomfort i poczucie niepewności spowodowane nieznośną dla nich myślą o czekającej ich rywalizacji rówieśniczej, w której najprawdopodobniej okażą się stroną słabszą, a więc gorszą i przegraną. Maminsynki miewają starsze siostry z którymi dobrze się dogadują. Z braćmi, o ile ich posiadają, nie miewają dobrych układów. Mają też, zgodnie z utartym stereotypem, dobre stosunki z matką i słabe bądź złe kontakty z ojcem. Swoje dzieciństwo opisują w kategoriach negatywnych jako: przepełnione obawami i brakiem pewności siebie, poczuciem własnej słabości i świadomości przewagi innych. W okresie dojrzewania te odczucia polegają pogłębieniu, polepszają się przy tym mechanizmy i strategie obronne. Proces uzyskiwania „autonomii” w kontaktach z rodzicami rozpoczynają od strony matki.



Wniosek płynący z badań Grossmanna wydaje się być następujący: dyskryminacja i wykluczenie maminsynków nie są spowodowane późniejszą homoseksualnością, lecz istniejącym w dzieciństwie brakiem zgodności ról płciowych oraz wynikającym z tego faktu brakiem pozytywnej autoidentyfikacji. Istnieje również druga strona medalu: „łobuziaki” i „twardziele” stają się świadomi swych homoerotycznych pragnień dopiero w (późnym) okresie dojrzewania. Wielu przed przejściem „na drugą stronę mocy” praktykuje długotrwałe (wieloletnie) układy i związki heteroseksualne. Przy czym występujące równolegle sporadyczne kontakty i pragnienia homo nie powodują u nich homoseksualnej identyfikacji. Świadoma orientacja przejawia się u nich wieku lat 20-25, coming-out w stosunku do rodziców i przyjaciół dokonywany bywa pięć lat później.

Droga do zgodności pragnień i identyfikacji płciowej zdaje się być u „łobuziaków i twardzieli” dłuższa niż u „maminsynków”, którzy o wiele wcześniej nawiązują (bądź świadomie dążą do nawiązania) kontakty homoseksualne z innymi chłopcami. Ich coming-out dokonuje się też wcześniej. Stosunki heteroseksualne odgrywają u nich w okresie dojrzewanie rolę marginalną.

Thomas Grossmann, autor niezwykle popularnej w latach 90. monografii „Schwul-na und?” ("Gej - i co z tego?"), poświęconej coming-outowi, kończy swoje studium apelem o wsparcie szczególnie dla... chłopców zaliczających się do „łobuziaków i twardzieli”.

Niestety podobnych badań dot. dzieciństwa nie przeprowadzano wśród lesbijek. Czy potwierdziłyby one powszechny stereotyp o lesbijkach, które w dzieciństwie „łaziły po drzewach”, grały w piłkę z chłopcami, nosiły spodnie, flanelową koszulę i zawsze były krótko ostrzyżone?

Doktorat Thomasa Grossmanna dostarcza nam obraz różnych modeli dzieciństwa mężczyzn homoseksualnych, nie było jednak zamiarem autora wskazywanie potencjalnych przyczyn orientacji homoseksualnej. Geje nie lubią doszukiwać się przyczyn swej odmienności. Po prostu gejem się jest. Właściwie to przyczyn homoseksualizmu nie należałoby się doszukiwać, bo gdyby takie przyczyny jednoznacznie określono i zidentyfikowano, z pewnością znalazło by się wielu, którzy chcieliby zrobić wszystko, aby tej orientacji za wszelką cenę zapobiec i ją wyeliminować. A jednak... Dziecko pytając o to skąd się bierze prąd, nie da się zbyt długo zbyć trywialną odpowiedzią, że prąd pochodzi z gniazdka.

Na zakończenie krótkie zestawienie obu grup maluchów, z których mogą (ale wcale nie muszą) wyrosnąć duzi geje:


Łobuzy Maminsynki
Zabawy głownie z chłopcami Dziewczynki częstymi towarzyszkami zabaw
Zabawy „na dworze”, podwórku, boisku Zabawy „raczej” w domu
Preferowane gry i zabawy ruchowe, komputerowe gry zręcznościowe, bijatyki i strzelanki, agresywne zachowanie Preferowane gry i zabawy planszowe, gry logiczne, komputerowe strategie, gry fabularne i przygodowe, zachowanie spokojne
Zabawy uznawane za męskie Zabawy uznawane za żeńskie
Siłowe rozwiązywanie kontaktów Unikanie rozwiązań siłowych
Silna identyfikacja płciowa męska Brak silnej identyfikacji płciowej
Poczucie bycia „zwyczajnym i normalnym” Poczucie bycia „innym”
Matka jako „żywiciel - zaopatrzeniowiec” Matka jako „opiekunka i ostoja”
Pełna integracja w grupie rówieśniczej Brak integracji w grupie rówieśniczej
Beztroskie dzieciństwo Dzieciństwo w poczuciu niepewności i zagrożenia


Tekst doktoratu Thomasa Grossmanna w formacie pdf, w języku niemieckim: http://www.sub.uni-hamburg.de/opus/volltexte/2000/175/html/Disse.pdf




podoba mi się (119) nie podoba mi się (23)
Jeśli chcesz określić że podoba Ci się lub nie najpierw się zaloguj.




strony:   1 2 3 4 5
melancolilie (21) Wrocław   2010.09.01 15:55
cytuj    zgłoś    podoba sięnie podoba się 0
 
Ja skakałam po drzewach, lubiłam samochody, pistolety i misie, ale włosy zawsze miałam długie.
 
niecodzienny (23) Wrocław   2010.08.16 13:31
cytuj    zgłoś    podoba sięnie podoba się 0
 
jak nic w dziecinstwie bylem lobuzem :P no i zgadza sie fakt, ze pozniej decyzduja sie na zwiazki....bo ja jeszcze nie bylem w zwiazku.
 
s24 (?)   2010.06.05 0:03
cytuj    zgłoś    podoba sięnie podoba się 0
 
@basta

>Miałem na myśli tworzenie z homoseksualizmu pewnej figury problematycznej medycznie i biologicznie. W takiej perspektywie w XIX w. skontruowano słowo homoseksualizm dla określenia szerszego zjawiska demograficznego, które następnie wykluczono i spatologizowano klasyfikując je jako homoseksualizm właśnie.

Lub też, wprowadzono po prostu słowo dla nazwania rzeczy, która już wcześniej istniała (przez rzecz rozumiem tu postrzeganie homoseksualizmu jako patologicznego, negatywnego i złego).

>Zawsze można powiedzieć, że jest to czepianie się, jednak równie dobrze można się zastanowić, czy nie lepiej porzucić naładowaną pejoratywnie i naukowo termonologię na rzecz bardziej osobistej i emocjonalnej, np. homoseksualność.

To walka z objawami, jeśli negatywne postawy i teorie zostaną zachowane, to w najlepszym razie sama homoseksualność ulegnie patologizacji tak jak wcześniej homoseksualizm.

>Nigdy nie jest bezstronna, ponieważ żaden człowiek nie jest zawieszonym w próżni, bezstronnym obserwatorem.

Warto zauważyć, że "queerowiec" czy zwolennik filozofii Focault też nie dysponuje obiektywnym widzeniem.

>Oświeceniowa objektywność zachodniej nauki (rozum, umysł, uniwersalizm) jest mrzonką, jest sztucznym konstruktem podważonym już przez Marksa, Gramsciego, teorie krytyczne szkoły frankfurckiej, Kuhna, postmodernizm, postkolonializm, studia subalternistyczne, feministyczne, queerowe i gejowskie.

Szkoda, że w tym kontekście nie wspomniałeś o krytycznym racjonalizmie Poppera - pozwala w innej perspektywie dostrzec znaczenie owego "podważenia".

> I tak jak naukowiec nie może być bogiem, z góry patrzącym objektywnie i apolitycznie, tak nie istnieje punkt widzenia z nikąd, idealna perspektywa pozbawiona jakichkolwiek kulturowych, wiekowych, genderowych czy klasowych konotacji.

Wszelako żadne z tych konotacji nie są nie do odrzucenia. I jak pokazał rozwój psychologii, krytyczny element nauki pozwala odrzucać dowolne kulturowo warunkowane założenia. W istocie, nie ma wytworu ludzkiej kultury bardziej niezależnego od kultury od nauki (dość powiedzieć, pomimo wielości kultur jest jedna nauka).

To zabawne, bo właśnie dynamizm, empirycznosć i falsyfikowalność teorii naukowych stanowią o fundamentalnie antyesencjalnym charakterze nauki. Tymczasem queer by uprawomocnić swoją krytykę nauki jako opresywnej narracji na siłę wpycha teorie naukowe w ramy swych esencjalizujących rekonstrukcji by następnie móc je krytykować za pomocą swych metafizycznych założeń o destabilizacji znaczeń.

>Dlatego też wszelkie opracowania naukowe nie są tylko niewinnym stwierdzaniem faktów

Oczywiście, że nie mogą być - są co najwyżej teoriami o świecie a nie światem (faktami) samym w sobie.

>Dlatego nie sposób oddzielić wiedzy od władzy (jak zauważył Foucault), zatem również wiedzy od ideologii.

Nie sposób? Jak dla mnie, to czyste hipostazy, które swym wszechwyjasniajacym charakterem odsłaniają poznawczą pustkę.

Jak na przykład wiedza-władza ma się do współczesnej psychologii, która krytycznie odrzuciła "patologiczne" ujmowanie homoseksualizmu?

Albo do teorii o homoseksualizmie męskim jako efekcie ekspresji genów zwiększających płodność u kobiet?

Lub krótko - jaką rolę w focaultowskiej rekonstrukcji nauki mają do odegrania fakty?
 
basta (26) Poznań   2010.06.04 23:22
cytuj    zgłoś    podoba sięnie podoba się 0
 
Miałem na myśli tworzenie z homoseksualizmu pewnej figury problematycznej medycznie i biologicznie. W takiej perspektywie w XIX w. skontruowano słowo homoseksualizm dla określenia szerszego zjawiska demograficznego, które następnie wykluczono i spatologizowano klasyfikując je jako homoseksualizm właśnie. Co ciekawe termin heteroseksualizm powstał później, niż homoseksualizm, w przeciwieństwie do dewiacji jaką miał być ten drugi. I nie mam na myśli zachowań homoseksualnych (wcześniej określaych na różne sposoby, dziś już rzadkie), ale naukowe biologiczno-medyczne pojęcie stosowane w celu patologizowania i wykluczenia pewnych zachowań, zaklasyfikowanych łącznie jako homoseksualizm. Zawsze można powiedzieć, że jest to czepianie się, jednak równie dobrze można się zastanowić, czy nie lepiej porzucić naładowaną pejoratywnie i naukowo termonologię na rzecz bardziej osobistej i emocjonalnej, np. homoseksualność. Oczywiście nie mówię, że tak należy zrobić, można rozpatrzyć różne możliwości. Istnieje też droga odzyskiwania języka i znaczeń, i tak jak Roberts Nickie w swej książce: "Dziwki w historii..."odzyskuje pojęcie kurwy (określenie prostytutki), dotąd wartościowane negatywnie, tak można starać się odzyskać słowo "pedał" lub "homoseksualizm". Można też próbować zastępować je innymi.

Co do nauki. To, że nauka jest bezstronna to spojrzenie idealistyczne. Nigdy nie jest bezstronna, ponieważ żaden człowiek nie jest zawieszonym w próżni, bezstronnym obserwatorem. Naukowiec, tak jak każdy człowiek, jest usytuowany w określonym kontekście historycznym, kulturowym, politycznym, klasowym i genderowym. Oświeceniowa objektywność zachodniej nauki (rozum, umysł, uniwersalizm) jest mrzonką, jest sztucznym konstruktem podważonym już przez Marksa, Gramsciego, teorie krytyczne szkoły frankfurckiej, Kuhna, postmodernizm, postkolonializm, studia subalternistyczne, feministyczne, queerowe i gejowskie. I tak jak naukowiec nie może być bogiem, z góry patrzącym objektywnie i apolitycznie, tak nie istnieje punkt widzenia z nikąd, idealna perspektywa pozbawiona jakichkolwiek kulturowych, wiekowych, genderowych czy klasowych konotacji. Dlatego też wszelkie opracowania naukowe nie są tylko niewinnym stwierdzaniem faktów, ale są usytuowane historycznie i kulturowo, są również oparte na konkretnej, politycznej i maskulinistycznej epistemologii. Dlatego nie sposób oddzielić wiedzy od władzy (jak zauważył Foucault), zatem również wiedzy od ideologii. Nie sposób postawić granicy pomiędzy władzą, a językiem, językiem, a ideologią, nauką, a władzą, ideologią, hegemonią i językiem. Trzeba mieć świadomość problematyczności tych poziomów i ich relacji między sobą, ale nie ma się co łudzić, że obserwacje naukowe są jedynie stwierdzaniem faktów.

pozdrawiam!
p.s. wreszcie czerwiec jedzie pełną parą i pakuje swoje porno do mojego pokoju
 
raziel przyjaciel IS (24) Gorzów / Poznań   2010.06.04 15:10
cytuj    zgłoś    podoba sięnie podoba się 0
 
basta:
[..]aby nie używać raczej pojęcia 'homoseksualizm' skonstruowanego w dyskursie biologiczno-medycznym na określenie choroby, za którą w XIX w. uważano homoseksualność [...]
 


Homoseksualiz, heteroseksualizm i biseksualizm, to terminy naukowe jezykowo zbudowane na podstawie grecko-łacińskiej, więc przyrostek -izm jest tu jak najbardziej na miejsu. Zresztą to sa rzeczowniki nazywające pewne cechy i czynności, a nie jednostki chorobowe. To jak dla mnie czepianie sie na siłe ;P

Co do moralności... Nauka sama w sobie jest bezstronna i jedynie opisuje mechanizmy rzadzące światem, nie ważne jak oczywiste czy pospolite by nie byly. Nie ma tu miejsca na wzniosłą moralność (jedynie metody badawcze nie powinny przekraczać granic moralnych).

eke:
Niemniej wymaga doprecyzowania pojęcie "środowisko".
 


Środowisko rozumiane zarówno wąsko jak i szeroko - całość.

W dzisiejszych czasach gospodarka wywiera ogromny wpływ na kulture - trendy, mody sztucznie kreowane przez marketingowców i szukanie ciagle nowego targetu dla róznego typu produktów. Mniejszości LGBT są doskonałym terytorium ekspansji dla chcących zwiekszenia zysków przedsiembiorstw. Zmiany społeczne są wymuszane więc w dużej częsci przez chciwość :D

Zauważmy jak zmieniają się wizerunki kobiet i mężczyzn w reklamie.
 
s24 (?)   2010.06.03 17:38
cytuj    zgłoś    podoba sięnie podoba się 0
 
Podział czynników wpływających na orientację na "środowisko-geny" jest dosyć uproszczony.

Pomija na przykład możliwość wpływu gospodarki hormonalnej matki, który to formował by orientację jako coś wrodzonego ale nie dziedzicznego.
 
basta (26) Poznań   2010.06.03 17:36
cytuj    zgłoś    podoba sięnie podoba się 0
 
Tak jak powiedział Vincey, dychotomiczny podział nie sprawdza się reprezentatywnie, ale moim zdaniem dla zobrazowania sytuacji w bardzo uproszczony sposób można go było zastosować. Artykuł i praca tego naukowca pokazują, że oczywiście, gejami nie są tylko zniewieściali, delikatni bądź bardziej wrażliwi faceci, ale również typy macho. To jednak nic nowego. Wynika z tego jednak, że twardzielom z powodu presji społecznej i przyjętej roli prawdziwego faceta, trudniej jest się przyznać przed samym sobą i przed światem do swojej homoseksualności.

Wydaje mi się, iż jako że język jest polem walki, wojną o tworzenie i modyfikowanie znaczeń, starciem o obalanie hegemonii kulturowej, ważne jest, aby nie używać raczej pojęcia 'homoseksualizm' skonstruowanego w dyskursie biologiczno-medycznym na określenie choroby, za którą w XIX w. uważano homoseksualność - to ostatnie pojęcie wykreowane na polu humanistycznym dzięki studiom feministycznym, gejowskim, emancypacyjnym ma podkreślać 'normalność' i zaprzeczać medyczno-biologiczno-patologicznym konotacjom. Jednak się nie czepiam, tak sobie zauważam, jak co.

Szukać źródeł homoseksualności można tak samo, jak szukać źródeł heteroseksualności. Jeżeli rolą nauki jest problematyzowanie najbardziej oczywistych i potocznych zachowań, szukanie ich źródeł i próba ich opisania, to można dociekać mechanizmów biorących udział w kształtowaniu psychiki i kulturowych wzorców. Jednak poprzez zbyt mały nacisk na moralną stronę wszelkiej nauki, często jej owoce są nadinterpretowane bądź wypaczane.

Odniosę się jeszcze tylko, jeśli można, do kwestii środowiska, poruszonej niżej. W szerszym znaczeniu cała kultura, która opiera się na maskulinistycznych, naturalizujących sztuczne klasyfikacje, mechanizmach socjalizacji, ładowana nam do głowy od najmłodszych lat w rodzinie, w szkole, na podwórku, za pomocą tv, filmów, gier wzorców zachowań i ról, które powinniśmy przyjmować, w jakimś stopniu określa nasz sposób myślenia, odczuwania, interpretowania i zachowania się. To jest szersze środowisko, które jest dla nas tak naturalne, że nie zdajemy sobie sprawy z procesów w nim zachodzących i nas tworzących. I tak, jak w starożytnej Grecji posiadanie młodego kochanka przez starszego, doświadczonego życiem mężczyznę, również żonatego, było zupełnie normalne i nie problematyzowane na codzień, tak dziś jedynie słuszna heteroseksualna orientacja nie jest tak problematyzowana, jak homoseksualna, której nadaje się status czegoś dziwnego. Nie pytamy, dlaczego ludzie są hetero, ale pytamy dlaczego niektórzy są homo.
 
eke (19) eke   2010.06.03 17:09
cytuj    zgłoś    podoba sięnie podoba się 0
 
Wygląda na to, że obaj unikamy skrajności w kwestii środowisko-geny. Niemniej wymaga doprecyzowania pojęcie "środowisko". Jeśli chodzi o najbliższe otoczenie, to wpływ może być bardzo silny, zwłaszcza w rodzinach, której członkowie mają zaburzenia emocjonalne. Jeśli mowa o środowisku w szerszym rozumieniu, to prócz wspomnianej przez pana Grecji nic nie przychodzi mi do głowy. Więcej przykładów? :)
 
raziel przyjaciel IS (24) Gorzów / Poznań   2010.06.03 16:22
cytuj    zgłoś    podoba sięnie podoba się 0
 
eke:
raziel:
Wydaje mi się, że socjalizacja i wychowanie nie mogą kształtować orientacji seksualnej, choć napewno mają wpływ na jej ekspresje.
 

Wydaje mi się, że nie jedynie na jej wyrażenie, ale sam kształt. Nie uwierzę ani w stuprocentowe uwarunkowanie genetyczne ani w kompletny ciąg przyczynowo-skutkowy. Prawda musi leżeć pomiędzy, [...]
 


Nie mówie, że homoseksualizm, lub heteroseksualizm jako orientacje seksualne są wrodzone (nie oznacza to, że genetyczne). Praktycznie wszystkich ludzi można uszeregować na skali od hetero do homo, więc ostatecznie ludzie są z natury biseksualni. Tutaj jednak wchodzi ta nasza socjalizacja i identyfikowanie się z jedną grupą, bo ludzie zawsze mieli i mają nadal skłonnoś do myślenia dychotomicznego, dzielenia świata na dwa kolory. Poza tym nastrój konfliktu wokół sprawy orientacji seksualnej zmusza ludzi do stawania po którejś stronie "barykady".

Wpływ kultury oczywiście jest wielki na kształtowanie się seksualności człowieka, przykładem może być starozytna grecja... Ostatecznie jednak większość ludzi skłania się naturalnie (co ma prawdopodobnie związek z budową mózgu) bardziej w stronę jednej ze skrajności.

Skłaniam się do koncepcji, iż środowisko w którym się wychowujemy wzmacnia, bądź osłabia nasze wrodzone predyspozycje. Tak samo jak jest z lewo i praworęcznością. Któraś funkcja , srona ciała, komponent orientacji seksualnej dominuje, ale zawsze istnieje ta ta cześć słabiej rozwinieta i mniej chętnie używana (a przez niektórych całkowicie zaniedbana. lub wręcz niechciana i wypierana)
 
eke (19) eke   2010.06.02 0:17
cytuj    zgłoś    podoba sięnie podoba się 0
 
raziel:
Wydaje mi się, że socjalizacja i wychowanie nie mogą kształtować orientacji seksualnej, choć napewno mają wpływ na jej ekspresje.
 

Wydaje mi się, że nie jedynie na jej wyrażenie, ale sam kształt. Nie uwierzę ani w stuprocentowe uwarunkowanie genetyczne ani w kompletny ciąg przyczynowo-skutkowy. Prawda musi leżeć pomiędzy, czytałem i Cohena i van Aardwega i nie przekonali mnie w pełni, jednak nie sposób nie zastanowić się nad paroma kwestiami - niemal zawsze problem z ojcem i/lub matką, nieadekwatne poczucie własnej wartości (zawyżone/zaniżone), mniejszy lub większy egocentryzm. Takich cech jest wiele, zarówno u osób hetero, jak i homo, jednak często kluczem okazuje się coś z pozoru nieistotnego, jak nazwanie przez kogoś z ulicy "pedałem" czy poważnie potraktowane zainteresowanie seksualne kimś o tej samej płci, co zdarza się dużej części dorastającej młodzieży (w większości tylko po to, by minąć).
Wiem, że na publikacje wymienionych autorów większość gejów i lesbijek reaguje alergicznie, podobnie jak ja na początku, warto jednak przeczytać i zorientować się, co mają oni do powiedzenia.
 
strony:   1 2 3 4 5

Inne tematy 



Zaloguj się
konto:
hasło:
» logowanie
» zarejestruj się za darmoi skorzystaj z wszystkich funkcji naszego portalu

 
teraz wszystkich online: 489
Mamy już 45235 zarejestrowanych użytkowników.
Dołącz do największej społeczności gej&les w Polsce!

Kliknij i umieść własną reklamę!

podcast is
innastrona.tv

patronat




      czas generowania: 0.075 s.