(c) fotolia.pl
Wham!
Pete Burns
Cyndi Lauper
Madonna
annie lennox,
boy george,
freddie mercury,
george michael,
jean paul barda,
jimmy somerville,
lata 80,
madonna,
marc almond,
muzyka,
neil tennant,
pete burns
Z dzisiejszej perspektywy muzyka pop lat 80. brzmi czasem tak kampowo, że zakrawa na zamierzoną zgrywę. MTV w swych pierwszych latach (powstała w 1981 r.) wyglądała niejednokrotnie jak relacja z parady gejowskiej. Przegięcie było normą! Jednocześnie był to czas konserwatywny w polityce (Reagan w USA, Thatcher w Wlk. Brytanii) i dość dramatyczny w ruchu LGBT (wybuch AIDS, która pochłonęła miliony ofiar). Przeginaniu nie towarzyszyło więc ujawnianie się, jak w przypadku dzisiejszego
Adama Lamberta czy
Rufusa Wainwrighta. U progu tamtej dekady wielu gejów świetnie bawiło się przy hicie
Diany Ross „I’m coming out”, ale sami na coming out nie byli jeszcze raczej gotowi. Nie zdarzyło się w latach 80. coś takiego, jak coming out Ricky´ego Martina sprzed paru dni, który lata spekulacji, podejrzeń, niedomówień i wykrętów potrafił jednak zakończyć godnie spokojnym wyznaniem – bez przymusu i na własnych warunkach, na własnej stronie internetowej.
Oto zestaw – z pewnością tylko wycinkowy – wykonawców, którzy królowali na listach przebojów ponad 20 lat temu i którzy swoją homoseksualność (albo biseksualność) ukrywali i... odkrywali.
To oni przecierali szlaki Adama, Rufusa i innych.
Oczywistą postacią numer 1 takiej wyliczanki jest
George Michael. W latach 80., gdy święcił triumfy wraz z Andrew Ridgleyem jako duet
Wham!, a potem solo, nie śniło mu się o coming oucie. W filmie dokumentalnym „A Different story” (2005) opowiadał, że odbierając nagrody za album „Faith” (1987) myślał patrząc na publiczność:
To niesamowite. Jestem megagwiazdą, ale nikt nie wie, że megagwiazdą – pedałem! Dziś szczęśliwie wyoutowany przez policjanta z Los Angeles, którego próbował poderwać w publicznej toalecie 12 lat temu, Michael spokojnie opowiada nie tylko o samej homoseksualnej orientacji, ale również o swym życiu erotycznym (nadal lubi cruising).
Chłopcy z
Pet Shop Boys, czyli Neil Tennant i Chris Lowe, co rusz puszczali oko do gejów. W clipie do „Domino Dancing” (1988) piękni młodzieńcy przewalali się przez fale morza, w „Being boring” (1990) pojawił się nawet całkiem nagi przystojniaczek (śliczny tyłek), w „Heart” (1988) Ian McKellen (wtedy świeżo po własnym coming oucie) grał wampira, który zabierał... fikcyjne życie Tennantowi. A na reżysera clipu do swego chyba największego hitu - „It's a sin” (1987) Pet Shop Boys wybrali kogo? Dereka Jarmana, ikonę brytyjskiego kina gejowskiego (m.in. słynny „Sebastian” z 1976 r.). Do tego dochodziła owocna współpraca z divami: Dusty Springfield (m.in. hit „What have I done to deserve this?”, 1987) i Lizą Minnelli (m.in. hit „Losing my mind”, 1989). Jednak o swej własnej orientacji seksualnej Neil Tennant powiedział otwarcie dopiero w wywiadzie dla „Attitude” w 1994 r. (Chris pozostał enigmatyczny w tej kwestii do dziś).
Pet Shop Boys - "Being boring"
Pet Shop Boys - "Heart" (Ian McKellen w roli wampira)
Pet Shop Boys - "It's a sin" (reż. Derek Jarman)
O zaszczytny tytuł Króla Przegięcia Popu lat 80. walczą trzy znakomitości: Boy George, Pete Burns z Dead Or Alive oraz Jean Paul Barda z Army of Lovers.
„Do you really want to hurt me?” - kokietował aktywów-dominatorów w 1982 r.
Boy George ze swym zespołem
Culture Club. Z długimi włosami, w fantazyjnych kapeluszach, z bardzo ostrym makijażem, stanowił symbol zacierania się różnic między płciami. Na przeciwległym biegunie tej genderowej gry znalazła się
Annie Lennox z
Eurythmics, która w garniturze i ze szpicrutą w ręku lodowatym głosem śpiewała w tym samym czasie „Sweet dreams”:
Każdy czegoś szuka, jedni chcą cię wykorzystywać, inni chcą być wykorzystywani. Wielbiciele seksu s/m mieli więc swoje szlagiery i w kobiecej wersji, i w męskiej.
Ale w wywiadach pytany o seksualność Boy George wolał uciekać w „angielski dowcip”:
Od seksu wolę filiżankę herbaty. Dopiero w 1995 r. w autobiografii „Take it like a man” opowiedział wprost, jak się sprawy mają (czy muszę dopowiadać, jak się mają?), przy okazji wyjawiając, że w latach 80. przeżył romans z własnym – żonatym i dzieciatym – perkusistą.
Culture Club - "Do you really want to hurt me?"
Eurythmics - "Sweet dreams"
Dead Or Alive to zespół praktycznie jednego hitu – „You spin me round like a record” (1985), ale kto raz zobaczył
Pete'a Burnsa i usłyszał jego charakterystyczny mocny głos, ten długo go nie zapomni. Dziś Pete, po wielu operacjach plastycznych, wygląda jak połączenie Amandy Lear z Marylin Mansonem (i skarży chirurgów plastycznych), ale w latach 80. był naprawdę ładny, choć w pierwszej chwili zwraca się uwagę na kampowość jego wizerunku - burza włosów, fioletowe marynarki, pierścienie, makijaż, zalotne ruchy biodrami - a nie na szlachetne rysy. W 2006 r. Pete rozwiódł się z żoną po... ponad 25 latach pożycia (hmmm....). W tym samym roku ogłosił zaręczyny ze swym facetem, Michaelem Simpsonem.
Dead Or Alive - "You spin me round like a record"
Jean Paul Barda i Army of Lovers pojawili się ciut później niż Culture Club czy Dead Or Alive – szczyt popularności zaliczyli w 1991 r. („Crucified”, „Obsession” i inne przeboje). Nazwę zaczerpnęli z filmu o Rosie von Praunheimie, niemieckim reżyserze i wielkim bojowniku o prawa LGBT. Termin „przegięte” nie oddaje w pełni istoty ich image’u. Proponuję po prostu zajrzeć do youtube. Barda wyoutował się w końcu jako biseksualista.
Army of Lovers - "Crucified"
Ale nie tylko w przegięcie celowali geje popu lat 80.
Jimmy Somerville zarówno fizjonomię jak i wizerunek miał absolutnie niepozorne. Za to głos niepowtarzalny – falset, który zapamiętuje się natychmiast. Hit „Smalltown boy” z 1984 r. (sygnowany przez zespół
Bronski Beat, którego Jimmy był wokalistą) znajduje się w ścisłym panteonie najważniejszych gejowskich piosenek nie tylko lat 80. Opowiada o młodym homoseksualnym chłopaku duszącym się w gnuśnym miasteczku. Napadany przez homofobów, zakochany beznadziejnie w heteryku... W końcowych sekundach clipu do utworu bohater (grany przez samego Somervile’a) wysiada na dworcu wielkiego miasta. Tylko w wielkim mieście jest dla geja jakieś życie.
Bronski Beat był właściwie zespołem muzyków-aktywistów gejowskich. Ich album "Age of consent" (1985) zawierał książeczkę z wykazem, jakie kraje w jakim wieku dopuszczają seks homo, a w jakim hetero - jak przypuszczacie, prawo dyskryminowało seks homo (w Wielkiej Brytanii nierówność tę zlikwidowano dopiero w 2001 r.).
Po takim debiucie Somerville nie musiał już nawet potwierdzać swej orientacji. Potem wyśpiewał jeszcze wiele hitów (m.in. „Don’t leave me this way” z The Communards czy "To love somebody”) a w 2007 r. mogliśmy podziwiać go w Warszawie na koncercie po Paradzie Równości. Śpiewał, tańczył i uroczo podrywał czarnoskórego „byczka” z chórku.
Bronski Beat - "Smalltown boy"
Największy gejowski skandal muzyczny lat 80. to numer „Relax” (1984) w wykonaniu
Frankie Goes To Hollywood (obecnie pozycja 7 na liście największych bestsellerów singlowych Wielkiej Brytanii wszechczasów). Singlowi towarzyszyły reklamy z wokalistą
Holly’m Johnsonem ubranym w skóry mówiące „Wszyscy mili chłopcy kochają marynarzy”. Radio BBC przestało puszczać utwór dwa dni po premierze. Chodziło o wieloznacznie interpretowany tekst:
Relax, don't do it, when you want to suck it to it, Relax don't do it, when you want to come. Byli i tacy, którzy twierdzili, że tytułowe „relax” nie oznacza w tym przypadku „zrelaksuj się”, „odpuść sobie” czy „wyluzuj”, tylko „rozluźnij się” (w domyśle: rozluźnij zwieracze przed seksem analnym) Tak czy inaczej, piosenka poszybowała na szczyt listy przebojów. Na domiar „złego”, towarzyszył jej – czym prędzej zakazany przez MTV- clip nakręcony w gejowskim undergroundowym klubie. 20 lat później Mika nie wywołał podobnych kontrowersji swym hitem „Relax – take it easy” – czyżby seks analny aż tak spowszedniał?
Frankie Goes To Hollywood zaliczyli jeszcze wielki hit „Power of Love” oraz album „Welcome to the pleasuredome” („Witamy w świątyni przyjemności”). Potem zespół się rozpadł. Wokalista Holly Johnson w konwencji słodko-przyjemnej odniósł sukces piosenkami „Love Train” i „Americanos” a w 1991 r. dowiedział się, że jest nosicielem wirusa HIV. W lutym br. skończył 50 lat. Zajmuje się głównie malarstwem, występuje sporadycznie.
Frankie Goes to Hollywood - "Relax"
W konwencji „sweet (gay) boy” odnalazł się
Andy Bell z duetu
Erasure, który miał swe pięć minut na przełomie lat 80. i 90. Pamiętacie ich „I love to hate you” albo covery Abby (np. „Take a chance on me”, w którym chłopcy wystąpili jako Agnetha i Frida)? Andy’emu trzeba oddać, że nie próbował specjalnie kryć homoseksualizmu traktując go jako coś naturalnego i oczywistego. Od lat jest związany z tym samym mężczyzną (Paulem J. Hickeyem). Tak jak Holly Johnson, jest nosicielem HIV (o czym dowiedział się w 1998 r.). Ostatnio Erasure uczestniczył w trasach koncertowych „True Colors’, których pomysłodawczynią jest
Cyndi Lauper, a z których dochód jest przekazywany na walkę o prawa osób LGBT w USA.
Erasure - "Take a chance on me"
Marc Almond znany m.in. z przeboju „Tainted love” (1981) grupy
Soft Cell, z którą występował oraz z duetu „Something’s gotten hold of my heart (1989) z
Gene’m Pitneyem wyoutował się w świetnie przyjętej autobiografii napisanej dopiero w 1999 r.
Soft Cell - "Tainted love"
Right Said Fred i hit „I’m too sexy” to już lata 90., ale stylistycznie pasują do wcześniejszej dekady. Zasłynęli jeszcze kawałkiem „Don’t talk, just kiss” (aż się prosi, by nagrali hardcorową wersję „Don’t talk, just fuck”). Wokalista
Richard Fairbrass (góra mięśni) mówił o swym biseksualizmie, do dziś chętnie występuje w gejowskich klubach i na gejowskich paradach.
Right Said Fred - "I'm too sexy"
Byli też giganci, którzy popularność zdobyli jeszcze zanim nastały lata 80. O
Freddie’m Mercury’m z
Queen „wszyscy wiedzieli”, ale nikt – włącznie z samym zainteresowanym – nie odważył się „tego” normalnie powiedzieć. Freddie czarował więc stwierdzeniami typu
I am as gay as a daffodil, my dear („Jestem tak gejowski jak żonkil, mój drogi!”), mocno się przeginał, bawił w przebieranki (w kobiecym stroju śpiewał o pragnieniu wolności - „I want to break free” z 1986 r.), i …tyle. Dziś niektórzy mają mu za złe, że ukrywał AIDS („wyoutował się” dzień przed śmiercią), bo jako wielka gwiazda mógł uczynić wiele dobrego mówiąc o swej chorobie otwarcie.
Queen - "I want to break free"
Elton John, który wyoutował się jako bi w latach 70., spędził lata 1984 - 1988 w małżeństwie z Renate Blauel. Po rozwodzie oznajmił w końcu, że zaakceptował swój homoseksualizm. Jego wizytówką z lat 80. pozostaje singiel „I’m still standing” z clipem przegiętym jak najbardziej fikuśny czajnik.
Elton John - "I'm still standing"
Dowodem zaś na to, że w parze z przegięciem nie zawsze idzie homoseksualizm są
Prince i
Adam Ant. Pierwszy kochał nie tylko przebieranki, ale i rozbieranki. Już na okładce płyty „Dirty Mind” z 1980 r. wystąpił w otwartym płaszczu, pod którym miał tylko czarne obcisłe slipy. Pozbył się ich 8 lat później – na okładce „Lovesexy” (1988) był już całkiem nagi, choć niestety bez full frontalu. A na rozdanie nagród MTV potrafił założyć spodnie z prześwitującym materiałem na pupie.
Jeśli chodzi o Adama Anta, to już same tytuły jego największych hitów: „Goody two shoes” oraz „Puss ‘n’ boots” brzmią tak, że gejdar włącza się mimowolnie.
Ale nie. Zarówno Książę jak i Adaś Mrówka pozostają niereformowalnymi heterykami. Cóż, nobody’s perfect.
Adam Ant - "Puss in boots"
Na koniec dodajmy jeszcze, że panie jak najbardziej dotrzymywały kroku panom w zawodach na przegięcia. Przegięte muzyczne lata 80. nie byłyby tak przegięte, gdyby nie divy. Wspomniana
Cyndi Lauper zapewniała, że „Girls just wanna have fun” (1984) i jestem przekonany, że pojęcie „girls” rozumiała szeroko. Zalety masturbacji wychwalała w „She bop” (1984), a dwa lata później była na szczytach list przebojów z numerem „True Colors”, w którym śpiewa o tym, że trzeba pokazywać swe
prawdziwe kolory, które są piękne jak tęcza. Dziś to już gejowski klasyk. Również wspomniana wcześniej androgyniczna
Annie Lennox flirtowała z aniołkami w "There must be an angel" (1985) i wyśpiewała w duecie z
Arethą Franklin feministyczny hymn „Sisters are doin’ it for themselves” (1985). Była jeszcze
Tina Turner, która śpiewając o seksie pytała: „Co miłość ma z tym wspólnego?” („What’s Love got to do with it?”, 1984), a w "What you get is what you see (1987) robiła przegląd przystojnych kowbojów, czy istna bestia
Grace Jones (z przebojem "Slave to the rhythm", 1985), która w lipcu wystapi w Gdyni na Open'erze. Albo
Cher przeginająca się na lotniskowcu pełnym marynarzy w „If I could turn back time” (1989). No, i była jeszcze miłościwie nam panująca po dzień dzisiejszy Material Girl, o której brat Christopher napisał, że wiedziała o jego gejostwie pierwsza od niego samego. W 1989 r.
Madonna, bo oczywiście o niej mowa, radziła „express yourself” a w 1994 r. dodała jeszcze „don’t repress yourself”, co w wolnym tłumaczeniu na potrzeby ruchu LGBT oznacza: „wyjdź z szafy, nie kryj się”. W Polsce Madonna ma ten sam problem ze swymi słuchaczami, co Jan Pawel II: jest kochana, ale czy jej fani biorą sobie do serca to, o czym śpiewa?
Cyndi Lauper - "Girls just wanna have fun"
Grace Jones - "Slave to the rhythm"
Madonna - "Express yourself"
p.s. Do spenetrowania kiedy indziej pozostawiam zagadnienia lesbijek w muzyce pop lat 80. oraz polskie divy lat 80. (o polskich gejach czy lesbijkach w muzyce jakichkolwiek lat - nie ma na razie mowy - u nas homo szafa grająca jest wciąż pełna i zamknięta na głucho).