Wielcy i niezapomniani: Aleksander Janta-Połczyński
Rozmawiając z kochankiem Oscara Wilde'a
- Krzysztof Tomasik -

Aleksander Janta-Połczyński
Właśnie mija setna rocznica urodzin Aleksandra Janty-Połczyńskiego, ważnej w międzywojniu i na emigracji postaci, której ogromny dorobek literacki jest dziś niemal zupełnie zapomniany. Nazywano go swego czasu "Rejem polskiego reportażu", a wrażenie może robić już samo zestawienie nazwisk ludzi z którymi na przestrzeni lat udało mu się porozmawiać, na tej liście są zarówno Charlie Chaplin, Mahatma Gandhi, Ignacy Jan Paderewski, prezydent Roosevelt, Joseph Goebbels, jak i Witold Gombrowicz czy André Gide. Znacząca jest także jego konsekwencja w poruszaniu od początku publicystycznej kariery tematu homoseksualizmu, jako jedyny Polak przeprowadził wywiad z największą miłością Oscara Wilde'a - Alfredem Douglasem.
Urodził się 11 grudnia 1908 roku w Poznaniu jako dziecko znanego lekarza Stanisława Janty-Połczyńskiego i Heleny z Juraszów. Nie skończył jeszcze siedemnastu lat, gdy zdał maturę i rozpoczął studia polonistyczne na Uniwersytecie Poznańskim. W latach 1928-29 wraz z Józefem Kisielewskim redagował poznańskie "Życie Literackie" (wśród autorów byli Artur Maria Swinarski i Wojciech Bąk); wyszła jego pierwsza książka - tomik prozy "O świcie. Ze wspomnień i tematów myśliwskich", w ciągu trzech lat ukazały się jeszcze cztery, w tym dwie poetyckie. Poznań szybko przestaje mu wystarczać, w 1929 roku wyjeżdża do Paryża studiować dziennikarstwo, nawiązuje współpracę z kolejnymi pismami w kraju. Do Polski wraca po dwóch latach, ale wkrótce wyjeżdża do Związku Radzieckiego, relacje z tej wyprawy złożą się potem na dwa zbiory reportaży: "Patrzę na Moskwę" i "W głąb ZSRR". Ten schemat powtarzać się będzie do końca lat trzydziestych, podróże w coraz bardziej egzotyczne miejsca zaowocują kolejnymi książkami.
Wówczas było już jasne, że Janta-Połczyński znalazł pomysł na swoją egzystencję, na rynku prasowym stworzył stanowisko, którego do tej pory nie było, stał się pierwszym reportażystą w pełni tego słowa znaczeniu. Następne lata spędził na podróżach (USA, Indie, Afganistan, Birma, Syjam, Indochiny, Chiny, Tajwan, Mongolia), w okresie 1933-34 był wysłannikiem "Gazety Polskiej" w Japonii, w 1935 roku jako korespondent wojenny przebywał w Abisynii, potem został menadżerem hinduskiego tancerza Ram Gopala. Wybuch II wojny światowej zastał go w Paryżu, po kapitulacji Francji dostał się do niewoli, gdzie przebywał ukrywając polską narodowość i skąd zbiegł pod koniec 1942 roku. Odznaczony Krzyżem Walecznych, po wojnie osiadł na stałe w USA. Od 1954 roku był prezesem Amerykańskiej Rady Polskich Klubów Kulturalnych, od 1960 roku wspólnie z Aleksandrem Hertzem prowadził antykwariat druków słowiańskich. Wciąż dużo pisał, regularnie wychodziły jego kolejne książki: tomiki poezji, wspomnienia, reportaże, tłumaczenia. Zmarł 19 sierpnia 1974 roku w South-Hampton, rok później jego prochy zostały sprowadzone do Polski.
Homoseksualizm przewija się przez całą twórczość Janty-Połczyńskiego, także jego pierwszy ważny tekst ma ścisły związek z tą tematyką, a konkretniej z największą ikoną współczesnego ruchu gejowsko-lesbijskiego jaką jest Oscar Wilde, jego słynny proces to początek uświadomienia sobie przez kulturę Zachodu istnienia męskiego homoseksualizmu. Sprawa sądowa o obrazę moralności sprowokowana przez ojca ukochanego Bosiego, pobyt w więzieniu, a wreszcie przedwczesna śmierć sprawiły, że życie i twórczość Wilde'a doczekały się szybkiej rehabilitacji, dla osób homoseksualnych stał się kimś w rodzaju świeckiego świętego, a jego nazwisko zaczęło funkcjonować jako swoisty kod dla wtajemniczonych, informujący że przynależy się do bractwa wyznawców "miłości, która nie śmie wyznać swego imienia". Wbrew pozorom działo się tak nie tylko w Anglii, Niemczech czy Francji, ale także Polsce. Tu w okresie międzywojennym ukazało się nielegalne tłumaczenie opowiadania "Ksiądz i akolita", pierwotnie opublikowanego anonimowo w niskonakładowym studenckim piśmie "Chameleon" i przypisywanego Wilde'owi. Była to historia księdza zakochanego w pięknym chłopcu, który postanawia zabić siebie i obiekt swoich uczuć wykorzystując w tym celu zatrutą hostię. Utwór w rzeczywistości napisany przez Johna Francisa Bloxama został uznany za bluźnierczy i obsceniczny, bardzo zaszkodził autorowi "Portretu Doriana Graya", a cały numer "Chameleona", w którym znalazły się także utwory Wilde'a i jego kochanka Alfreda Douglasa, stał się w czasie procesu jednym z koronnym argumentów przeciwko pisarzowi.
Kiedy w 1931 roku ukazała się w "Wiadomościach Literackich" rozmowa Janty-Połczyńskiego z Alfredem Douglasem, nie była to postać polskiej publiczności nieznana, choć zapewne mało kto przypuszczał, że ukochany Wilde'a za związek z którym autor "Męża idealnego" zapłacił dwoma latami ciężkich robót, wciąż żyje i wydaje kolejne książki. Pomysł Janty można uznać za strzał w dziesiątkę, choć on sam spotkanie z Bosiem przedstawiał później jako właściwie przypadkowe, inicjatywę poznanego w Anglii ekscentrycznego hrabiego Potockiego. Nawet jeśli tak było w istocie, sam Janta-Połczyński był swoim rozmówcą żywo zainteresowany, jak przyznaje w innym miejscu zakończył wówczas lekturę drugiego wydania autobiografii lorda Douglasa.
Na ile spotkanie to było ważne dla początkującego publicysty może świadczyć fakt, że przetłumaczył w tym czasie jeden z wierszy Bosiego, a po latach przyznawał: "< > debiutowałem jako pisarz w roku 1931". Nie ma także wątpliwości, że Janta świetnie zdawał sobie sprawę na ile samo nazwisko rozmówcy poprzez Wilde'a kojarzone będzie z homoseksualizmem i przede wszystkim w tym kontekście odbierane, w autobiografii pisał: "Wysłany z Londynu do Polski opis wizyty u lorda Alfreda Douglasa odrzucony został przez dwa czy trzy pisma codzienne, pod różnymi pretekstami. Łatwo jednak było odgadnąć prawdziwy powód tego mojego niepowodzenia. Nie zniechęcony, posłałem go jeszcze do <>. Ukazał się bez jednego skreślenia".
Jak młody, 23-letni Polak mógł w 1931 roku odbierać angielskiego lorda, z którym rozmawiał ze względu na homoseksualny romans zaczęty czterdzieści lat wcześniej? Bez względu na to jaki był osobisty stosunek Janty do Douglasa, z samego tekstu bije przede wszystkim dystans, autor nie chce, żeby ktokolwiek odniósł wrażenie, że darzy sympatią swojego rozmówcę czy choćby... Oscara Wilde'a; tekst zaczyna się od stwierdzenia, że zmierzch legendy Wilde'a jest już w Anglii sprawą właściwie przesądzoną. Sam Bosie u Janty to człowiek z minionej epoki, który żyje przeszłością, a jedyne co go zajmuje to rozpamiętywanie dawnej urody i wyrównywanie rachunków ze wszystkimi, którzy próbują go oczernić; jest już tylko "smutnym, starym człowiekiem o zgaszonych oczach". Bez litości opisany został nie tylko współczesny wygląd Alfreda, dla wzmocnienia efektu zestawiono go z młodzieńczą podobizną: "głowa lorda Douglasa, kiedy miał lat osiemnaście, kiedy był jasnowłosym i pięknym chłopcem o oczach ogromnych, o czystych, rasowych i smukłych rysach, u samego wstępu przyjaźni z Wildem. Naprzeciwko tego rysunku, w fotelu, szeroko rozparty, siedzi przede mną ten sam Douglas, o czterdzieści dwa lata starszy. Tęgi pan, o wiecznie ruchliwych, niespokojnych, białych i cienkich rękach. W twarzy z lekka nalanej, obwisłej, o wydatnym nosie, o włosach raczej ciemnych, opadających krótką grzywką z boku na czoło, o oczach bez blasku pod czołem w fałdach, trudno dopatrzeć się podobieństwa".
Pomimo bezwzględności tego opisu, w tekście nie brakuje też fragmentów, gdy Janta próbuje wzbudzić współczucie dla swojego rozmówcy: "lata od czasu śmierci Wilde'a musiały się liczyć lordowi Douglasowi podwójnie. Żył przecież jak osaczone zwierzę, pod ciężarem nieustannych napaści, napiętnowany wciąż rosnącą lawiną zarzutów, zbyt słaby, aby stanąć przeciw nim otwarcie, związany rodzinnymi względami, aż nareszcie, i to bardzo niedawno, po wielu latach, zdecydował się wystąpił z odpowiedzią". Janta-Połczyński oddał także głos Alfredowi, który nie omieszkał wypowiedzieć się na temat wartości pisarstwa Wilde'a: "mówił znacznie lepiej niż pisał. A był tak bezmiernie leniwy. Opowiadał pomysły swoich sztuk po sto, po dwieście razy wszystkim naokoło. I dopiero kiedy nareszcie wszyscy stwierdzili, że trzeba sztukę napisać, zabierał się do roboty. Oddawał rzecz zawsze słabszą od tej, którą opowiadał".
W innym miejscu Douglas zapytany o wielkie nazwisko literatury angielskiej zasugerował siebie, zwracając przy okazji uwagę na przecenione wielkości, takie jak Wilde. Po latach poezję Bosiego przesadnie dowartościował sam Janta-Połczyński pisząc, że "był autorem sonetów stawianych w literaturze angielskiego na drugim miejscu po Szekspirze". W rzeczywistości jeśli jakiś wiersz Douglasa jest dziś pamiętany to są to drukowane w piśmie "Chameleon" "Dwie miłości" zwierające słynny fragment o "miłości, która nie śmie wyznać swego imienia". Było to jednocześnie najbardziej otwarte poparcie dla homoseksualizmu na jakie publicznie zdobył się Bosie w swoim życiu.
W całym opisie rozmowy z lordem Douglasem nie pada żadna sugestia, że związek obu bohaterów tekstu miał charakter homoseksualny, mowa jedynie o "głośnej i tragicznej przyjaźni". Jest to sposób typowy dla Janty-Połczyńskiego, stosowany zawsze podczas spotkań z osobami homoseksualnymi, choćby André Gide'a. Właśnie w tym przypadku można mówić o doprowadzenia do perfekcji strategii Janty, która zakładała poruszanie tematu bez nazywania go. W efekcie co i rusz natykamy się na fragmenty takie jak ten, kiedy Gide wyjaśnia dlaczego "Corydon" uważa za swoją najważniejszą książkę: "Dlatego przede wszystkim - objaśnił zaraz - że jest to książka, która oddała wielu młodym i zagubionym ludziom usługę pogodzenia ich z własną naturą. Okazało się także, że jest to temat nieobojętny wcale dla większej o wiele ilości osób, niżby się to komukolwiek, a już na pewno mnie samemu, mogło z początku wydawać. Jest to również książka, która uratowała niejedno życie". Mamy tu do czynienia właściwie z łamigłówką, brak bowiem wskazówek o pogodzenie z jaką naturą może chodzić, w efekcie tekst staje się czytelny tylko dla wtajemniczonych.
Podobnie dzieje się z komentarzem samego Janty: "Wspominał też o zamiarze nowego wydania "Corydona" z przedmową ukazującą tę książkę w perspektywie dzisiejszych czasów i dzisiejszego poglądu Gide'a na zagadnienia, które stanowiły ważny motyw jego twórczości. Nie przypuszczałem wówczas, że w dwa lata później będę z nim o tym rozmawiał dłużej i to w związku z relacją Kinseya, o której nikt z nas wówczas jeszcze nie wiedział". Dodany jest tu kolejny kod w postaci raportu Kinseya, ale wciąż brakuje choćby raz nazwania rzeczy po imieniu, można tylko zgadywać o jakie zagadnienie "stanowiące ważny motyw twórczości" chodzi. I dalej: "Mówiliśmy potem o tych wielu wybitnych, a Gide'owi współczesnych ludziach, których wyjątkowego wkładu w życiu kultury i rozwój Francji nikt dziś nie śmiałby kwestionować, choć należeli właśnie do wspomnianej <>". Tak toczy się to spotkanie z Gide'em, prowadzone jakby ponad głowami większości. Nie ma jednak wątpliwości, że taki sposób kodowania homoseksualizmu przez Jantę-Połczyńskiego nie był przypadkiem lub wynikiem niewiedzy, to zdecydowanie świadome działanie pozwalające przemycić temat tak, aby nawet największy "obrońca moralności" nie miał się do czego przyczepić.
Podobna strategia została zresztą zastosowana w autobiografii "Duch niespokojny", gdzie sam pisarz wyznaje, że wyjątkowo pomocna okazała się dla niego książka... André Gide'a: "Upadając, niezrozumiany, skłócony z własną naturą, szukający niedosięgalnych wypełnień, nie ceniąc i nie rozumiejąc dosięgalnych, jak gdyby tylko te groziły skostnieniem, nudą, beznadziejnością wszystkiego, co mierne. Dopiero więc Gide swoją książką dał punkt oparcia w szamotaniu się bezpłodnych punktów przeciw rzeczywistości. Myślałem przecież nawet o samobójstwie, jako drodze wyjścia z tego ślepego zaułka. Nie dziw tedy, że dla człowieka, który swoją książką pokazał mi wyjście inne, chowam w głębi serca coś w rodzaju nieśmiałego kultu".
Nie wiem czy twórczość Janty-Połczyńskiego ma jeszcze szansę być wznawiana i czytana, nie ma jednak wątpliwości, że jego nazwisko wracać będzie przy różnych okazjach, obecnie przygotowywany jest tom obfitej korespondencji, którą prowadził z Jerzym Giedryciem. Janta powinien zostać uwzględniony także jako jeden z prekursorów przemycania tematu homoseksualizmu do sfery publicznej.
Krzysztof Tomasik (ur. 1978) - komentator życia publicznego, członek zespołu "Krytyki Politycznej". W latach 2005-2007 na witrynie KP publikował cotygodniową, cieszącą się dużą popularnością rubrykę Dyskurs w pigułce, obecnie redaguje blog KP na portalu salon24.pl. Współpracuje z "Zadrą", "Repliką", "Nowymi Książkami", "Ha!artem" i portalem innastrona.pl. Wielbiciel Kaliny Jędrusik. W 2008 r. nakładaem "Krytyki Politycznej" ukazała się książka Tomasika p. t. Homobiografie.

|

|
artykuł IS |

|
szukaj w hiacyncie |

|
witryna WWW |

|
e-mail |

|
klip audio |

|
klip video |
|

|
whisky (niezalogowany)
2009.01.26 8:59
Bardzo ciekawy artykuł; kto by pomyślał, że w czasach kiedy nie wolno było nawet myśleć o homoseksualizmie ten temat był tak "promowany" przez Polaka...
Z całym szacunkiem dla autora artykułu, bo dzięki niemu zainteresowałem się postacią Oscar'a Wilde'a i jego "zakazaną miłością". Nawet zamówiłem już książkę "Oskar Wilde i Bosie. Fatalna namiętność" - Trevor'a Fisher'a, by poznać historię tych kochanków z epoki, kiedy miłość dwojga mężczyzn była represjonowana.
Jednak prosiłbym o dokładne sprawdzenie tekstu przed jego publikacją, gdyż zdanie "W innym miejscu Douglas zapytany o wielkie nazwisko literatury angielskiej zasugerował siebie, zwracając przy okazji uwagę na przecenione wielkości, takie jak Wilde.", jest dla mnie nie czytelne w stylu.
Dziękuję jednak za podejmowane tematy, które ułatwiają nam poszukiwania ciekawych postaci z naszego środowiska, jak i zgłębianie wszystkiego co dotyczy naszej tożsamości.
Podpisuję się pod tymi słowami.
Janta-Połczyński był mi osobą całkowicie obcą, nigdy o nim nie słyszałem. Tym przyjemniej mi było przeczytac kilka słów o nim (a właściwie o jego pracy przede wszystkim). Felieton motywuje do głębszego zainteresowania się tym człowiekiem, co zrobię z pewnością.
Michał (niezalogowany)
2008.12.16 16:47
Miło czytać Twoje teksty, Krzysztofie. I za publikowanie takich właśnie lubię Inną Stronę - bo gdzie indziej ktoś w ten sposób określa profil portalu gej&les? Dziękuję Autorowi, jako czytelnik, za jego robotę, a redakcji IS gratuluję linii programowey:) Z czystą frajdą.
|
|
|