Znalazłem czas, kupiłem książkę, pojechałem w delegację i zacząłem czytać. Opisy podejmowanych stosunków seksualnych są świetne, lektura w większej części lekka, tylko że jest dość scenariuszowa i przejrzysta dla czytelnika.
Ładne opisy nie zastąpią treści ani akcji, to nie "Nad Niemnem" gdzie autorka mogła sobie pozwolić zastąpienie sensu opisami linii brzegowej.
na pięć możliwych gwiazdek z zgadzam się na danie trzech, czwarta za piękny uśmiech autora.
Ładne opisy nie zastąpią treści ani akcji, to nie "Nad Niemnem" gdzie autorka mogła sobie pozwolić zastąpienie sensu opisami linii brzegowej.
na pięć możliwych gwiazdek z zgadzam się na danie trzech, czwarta za piękny uśmiech autora.
Tomasza szanuję za szacunek do kina , Szczygielskiego za odwagę , wiele osób (homofobów) przebrnęło jednak przez pierwszy rozdział - pikantny i owszem , moja mama np. chciała już wyrzucić to "świństwo" ale przekonałam ją żeby tego nie robiła , po zakończeniu lektury ...chyba zrozumiała choć trochę.Pozdrawiam z OGROMNYM SZACUNKIEM . A kto gra w berka ???????????
Co prawda jestem hetero ale tematy odmienne są mi bliskie , miałam kiedyś przyjaciela geja , nie widzieliśmy się ok. 11 lat ale jest to dla mnie fantastyczna znajomość . BEREK ABSOLUTNIE FANTASTYCZNA powieść , nawet moja Mama przeczytała od "deski do deski" ale omijając pikantne opisy (ciemnogród się kłania) . Myślę ze zaczęła rozumieć ...ludzi . A to wszystko dzięki Szczygielskiemu ...
Dziękuję za ten wpis :D
Wiele wyjaśnia, chociaż ja osobiście nie znajduję się jednak z konwencją 'promujmy i kupujmy wszystko, co gejowskie, niezależnie od poziomu'. Choć zgodzę się też (acz niechętnie) że na chwilę obecną to podejście wielce konstruktywne.
Wiele wyjaśnia, chociaż ja osobiście nie znajduję się jednak z konwencją 'promujmy i kupujmy wszystko, co gejowskie, niezależnie od poziomu'. Choć zgodzę się też (acz niechętnie) że na chwilę obecną to podejście wielce konstruktywne.
Poprawka bo cudzysłowy się zepsuły :P
Jako jeden z trybików (tak się czuję) tego Raczko-Szczygielskiego boomu, pozwolę się podpisać pod tekstem Marcina.
Żadna inna książka (poza Lubiewem – ale to arcydzieło) nie była chyba tak obecna w tęczowych mediach jak właśnie Berek. Niektóre recenzje były bardzo entuzjastyczne (w tym moja). Bądźmy jednak szczerzy: recenzje te opisywały Berka trochę lepiej niż na to książka ta zasługuje. I jako autor takiego panegiryku przyznam, że to zamysł całkowicie świadomy. Uzasadnienie:
1. Nie jestem recenzentem Nowych Książek czy czegoś podobnego. Świadomie więc trochę rezygnuję z obiektywizmu na rzecz promocji. Tak było nie tylko z Berkiem, ale też np. z Autobiografią Szymona Niemca. Jestem przekonany, że rolą tęczowych mediów jest dzisiaj właśnie promowanie naszej literatury. Nikt (w tym garstka autorów) nie będzie poważnie traktował tematyki LGBT w literaturze, a co za tym idzie - pisał takich książek, jeśli nie będziemy takich pozycji kupować i czytać. Dlatego z założenia piszę o książkach w taki sposób, aby zachęcać do ich lektury.
2. Drugim usprawiedliwieniem jest to, co napisał Marcin, ale napiszę to własnymi słowami. Doskonale wiem i zdaję sobie z tego sprawę od pierwszej chwili, gdy o Berku usłyszałem, że jesteśmy (my – media gejowskie) instrumentalnie wykorzystywani do podkręcania atmosfery wokół powieści Szczygielskiego – nie chodzi tylko o łatwość dotarcia do obu panów, ale przede wszystkim o te wabiki w postaci tapet z gołym autorem, telewizyjne wywiady dostępne w sieci, strona internetowa itd. Wiadomo, że każdy gejowski portal poleci na to i będzie o tym wszystkim informował. I doskonale wiem też, że Raczek ze Szczygielskim zarobią na tym sporo kasy. Ale nie kolą mnie w oczy te pieniądze z jednego względu – my (a więc i ja) zyskujemy coś znacznie cenniejszego dzięki temu outingowi.
Raczek ma bowiem niezwykle silną pozycję – to nie jest jakiś Piróg, który z imienia i nazwiska zaistniał w szerszej świadomości widzów trzy miesiące temu czy nawet Poniedziałek znany szerzej od ok. trzech lat. Partner Szczygielskiego w mediach gości od bardzo wielu lat i wzbudza chyba wyłącznie pozytywne uczucia u widzów. To facet z klasą i dorobkiem a nie medialna wydmuszka! Ujawnienie się takiej postaci to dla nas skarb znacznie większy niż wszystkie parady i marsze równości.
Jest to zatem transakcja wiązana: my pomagamy im nakręcać sprzedaż i zyski ale w zamian środowisko może grzać się w korzyściach płynących z ich outingu.
Tak, Raczek i Szczygielski stają się ambasadorami idei emancypacji. I całe szczęście, że właśnie oni.
Jako jeden z trybików (tak się czuję) tego Raczko-Szczygielskiego boomu, pozwolę się podpisać pod tekstem Marcina.
Żadna inna książka (poza Lubiewem – ale to arcydzieło) nie była chyba tak obecna w tęczowych mediach jak właśnie Berek. Niektóre recenzje były bardzo entuzjastyczne (w tym moja). Bądźmy jednak szczerzy: recenzje te opisywały Berka trochę lepiej niż na to książka ta zasługuje. I jako autor takiego panegiryku przyznam, że to zamysł całkowicie świadomy. Uzasadnienie:
1. Nie jestem recenzentem Nowych Książek czy czegoś podobnego. Świadomie więc trochę rezygnuję z obiektywizmu na rzecz promocji. Tak było nie tylko z Berkiem, ale też np. z Autobiografią Szymona Niemca. Jestem przekonany, że rolą tęczowych mediów jest dzisiaj właśnie promowanie naszej literatury. Nikt (w tym garstka autorów) nie będzie poważnie traktował tematyki LGBT w literaturze, a co za tym idzie - pisał takich książek, jeśli nie będziemy takich pozycji kupować i czytać. Dlatego z założenia piszę o książkach w taki sposób, aby zachęcać do ich lektury.
2. Drugim usprawiedliwieniem jest to, co napisał Marcin, ale napiszę to własnymi słowami. Doskonale wiem i zdaję sobie z tego sprawę od pierwszej chwili, gdy o Berku usłyszałem, że jesteśmy (my – media gejowskie) instrumentalnie wykorzystywani do podkręcania atmosfery wokół powieści Szczygielskiego – nie chodzi tylko o łatwość dotarcia do obu panów, ale przede wszystkim o te wabiki w postaci tapet z gołym autorem, telewizyjne wywiady dostępne w sieci, strona internetowa itd. Wiadomo, że każdy gejowski portal poleci na to i będzie o tym wszystkim informował. I doskonale wiem też, że Raczek ze Szczygielskim zarobią na tym sporo kasy. Ale nie kolą mnie w oczy te pieniądze z jednego względu – my (a więc i ja) zyskujemy coś znacznie cenniejszego dzięki temu outingowi.
Raczek ma bowiem niezwykle silną pozycję – to nie jest jakiś Piróg, który z imienia i nazwiska zaistniał w szerszej świadomości widzów trzy miesiące temu czy nawet Poniedziałek znany szerzej od ok. trzech lat. Partner Szczygielskiego w mediach gości od bardzo wielu lat i wzbudza chyba wyłącznie pozytywne uczucia u widzów. To facet z klasą i dorobkiem a nie medialna wydmuszka! Ujawnienie się takiej postaci to dla nas skarb znacznie większy niż wszystkie parady i marsze równości.
Jest to zatem transakcja wiązana: my pomagamy im nakręcać sprzedaż i zyski ale w zamian środowisko może grzać się w korzyściach płynących z ich outingu.
Tak, Raczek i Szczygielski stają się ambasadorami idei emancypacji. I całe szczęście, że właśnie oni.
Jako jeden z trybików (tak się czuję) tego Raczko-Szczygielskiego boomu, pozwolę się podpisać pod tekstem Marcina.
Żadna inna książka (poza „Lubiewem” – ale to arcydzieło) nie była chyba tak obecna w tęczowych mediach jak właśnie „Berek”. Niektóre recenzje były bardzo entuzjastyczne (w tym moja). Bądźmy jednak szczerzy: recenzje te opisywały „Berka” trochę lepiej niż na to książka ta zasługuje. I jako autor takiego „panegiryku” przyznam, że to zamysł całkowicie świadomy. Uzasadnienie:
1. Nie jestem recenzentem „Nowych Książek” czy czegoś podobnego. Świadomie więc trochę rezygnuję z „obiektywizmu” na rzecz „promocji”. Tak było nie tylko z „Berkiem”, ale też np. z „Autobiografią” Szymona Niemca. Jestem przekonany, że rolą tęczowych mediów jest dzisiaj właśnie promowanie „naszej” literatury. Nikt (w tym garstka autorów) nie będzie poważnie traktował tematyki LGBT w literaturze, a co za tym idzie - pisał takich książek, jeśli nie będziemy takich pozycji kupować i czytać. Dlatego z założenia piszę o książkach w taki sposób, aby zachęcać do ich lektury.
2. Drugim usprawiedliwieniem jest to, co napisał Marcin, ale napiszę to własnymi słowami. Doskonale wiem i zdaję sobie z tego sprawę od pierwszej chwili, gdy o „Berku” usłyszałem, że jesteśmy (my – media gejowskie) instrumentalnie wykorzystywani do podkręcania atmosfery wokół powieści Szczygielskiego – nie chodzi tylko o łatwość dotarcia do obu panów, ale przede wszystkim o te wabiki w postaci tapet z gołym autorem, telewizyjne wywiady dostępne w sieci, strona internetowa itd. Wiadomo, że każdy gejowski portal poleci na to i będzie o tym wszystkim informował. I doskonale wiem też, że Raczek ze Szczygielskim zarobią na tym sporo kasy. Ale nie kolą mnie w oczy te pieniądze z jednego względu – my (a więc i ja) zyskujemy coś znacznie cenniejszego dzięki temu outingowi.
Raczek ma bowiem niezwykle silną pozycję – to nie jest jakiś Piróg, który z imienia i nazwiska zaistniał w szerszej świadomości widzów trzy miesiące temu czy nawet Poniedziałek znany szerzej od ok. trzech lat. Partner Szczygielskiego w mediach gości od bardzo wielu lat i wzbudza chyba wyłącznie pozytywne uczucia u widzów. To facet z klasą i dorobkiem a nie medialna wydmuszka! Ujawnienie się takiej postaci to dla nas skarb znacznie większy niż wszystkie parady i marsze równości.
Jest to zatem transakcja wiązana: my pomagamy im nakręcać sprzedaż i zyski ale w zamian środowisko może grzać się w korzyściach płynących z ich outingu.
Tak, Raczek i Szczygielski stają się ambasadorami idei emancypacji. I całe szczęście, że właśnie oni.
Żadna inna książka (poza „Lubiewem” – ale to arcydzieło) nie była chyba tak obecna w tęczowych mediach jak właśnie „Berek”. Niektóre recenzje były bardzo entuzjastyczne (w tym moja). Bądźmy jednak szczerzy: recenzje te opisywały „Berka” trochę lepiej niż na to książka ta zasługuje. I jako autor takiego „panegiryku” przyznam, że to zamysł całkowicie świadomy. Uzasadnienie:
1. Nie jestem recenzentem „Nowych Książek” czy czegoś podobnego. Świadomie więc trochę rezygnuję z „obiektywizmu” na rzecz „promocji”. Tak było nie tylko z „Berkiem”, ale też np. z „Autobiografią” Szymona Niemca. Jestem przekonany, że rolą tęczowych mediów jest dzisiaj właśnie promowanie „naszej” literatury. Nikt (w tym garstka autorów) nie będzie poważnie traktował tematyki LGBT w literaturze, a co za tym idzie - pisał takich książek, jeśli nie będziemy takich pozycji kupować i czytać. Dlatego z założenia piszę o książkach w taki sposób, aby zachęcać do ich lektury.
2. Drugim usprawiedliwieniem jest to, co napisał Marcin, ale napiszę to własnymi słowami. Doskonale wiem i zdaję sobie z tego sprawę od pierwszej chwili, gdy o „Berku” usłyszałem, że jesteśmy (my – media gejowskie) instrumentalnie wykorzystywani do podkręcania atmosfery wokół powieści Szczygielskiego – nie chodzi tylko o łatwość dotarcia do obu panów, ale przede wszystkim o te wabiki w postaci tapet z gołym autorem, telewizyjne wywiady dostępne w sieci, strona internetowa itd. Wiadomo, że każdy gejowski portal poleci na to i będzie o tym wszystkim informował. I doskonale wiem też, że Raczek ze Szczygielskim zarobią na tym sporo kasy. Ale nie kolą mnie w oczy te pieniądze z jednego względu – my (a więc i ja) zyskujemy coś znacznie cenniejszego dzięki temu outingowi.
Raczek ma bowiem niezwykle silną pozycję – to nie jest jakiś Piróg, który z imienia i nazwiska zaistniał w szerszej świadomości widzów trzy miesiące temu czy nawet Poniedziałek znany szerzej od ok. trzech lat. Partner Szczygielskiego w mediach gości od bardzo wielu lat i wzbudza chyba wyłącznie pozytywne uczucia u widzów. To facet z klasą i dorobkiem a nie medialna wydmuszka! Ujawnienie się takiej postaci to dla nas skarb znacznie większy niż wszystkie parady i marsze równości.
Jest to zatem transakcja wiązana: my pomagamy im nakręcać sprzedaż i zyski ale w zamian środowisko może grzać się w korzyściach płynących z ich outingu.
Tak, Raczek i Szczygielski stają się ambasadorami idei emancypacji. I całe szczęście, że właśnie oni.











0
0






















