
Robert Biedroń (fot. Oiko Petersen)
- Piszesz w "Tęczowym elementarzu", że spośród wszystkich coming outów w życiu geja/lesbijki najważniejszy jest ten, którego dokonujemy sami przed sobą. Jak przeszedłeś swój własny "wewnętrzny" coming out?
- Wychowywałem się w podkarpackim miasteczku. Nie jest to, jak się domyślasz, miejsce, w którym gej mógłby bezstresowo przeżyć dojrzewanie. Gdy zauważyłem, że kręcą mnie faceci, zacząłem szukać informacji o homoseksualności we wszelkich książkach, które były dostępne w krośnieńskiej bibliotece. Z tych naukowych i medycznych dowiedziałem się, że jestem zboczeńcem i powinienem się leczyć. Ale żeby się leczyć, musiałbym powiedzieć lekarzowi, że jestem homoseksualistą - to było wtedy ponad moje siły. Czułem się jak UFO, ktoś kompletnie niepotrzebny społeczeństwu. Postanowiłem jednak zostać sam na sam z moim "zboczeniem".
- Kiedy się przełamałeś?
- Gdy zakochałem się w koledze z klasy. Nie wyznałem mu tego, tylko... pokazałem. Nie wchodźmy jednak w szczegóły. On w każdym razie kilka dni chodził zszokowany, a potem zaczął ze mną rozmawiać, a nasza przyjaźń stała się nawet jeszcze bardziej dojrzała. W końcu mieliśmy teraz wielki sekret. Przyjaciel okazał się jednak hetero, więc z miłości nici.
- Miało to dla Ciebie duże znaczenie, że Cię nie odtrącił?
- Byłem nieszczęśliwie zakochanym piętnastoletnim gejem! Płakałam, szlochałam, darłam jego zdjęcia, potem sklejałam od nowa, miotałam się... Aż udałem się do psycholożki.
- To już byłeś dość odważny...
- Szukałem pomocy. Chciałem poradzić sobie z nieszczęśliwą miłością, a nie z homoseksualnością. Byłem załamany. A ta głupia psycholożka, która oczywiście skoncentrowała się na "leczeniu", rozczarowała mnie. Ale i zezłościła, zasiała chyba też ziarno buntu. Na szczęście niedługo potem pojechałem na wycieczkę do Berlina, gdzie zakochałem się po raz drugi.
- Szczęśliwie tym razem?
- Szczęśliwie tylko przez chwilę, Thomas wkrótce mnie porzucił. Ale przeżyłem pierwsze wspaniałe seksualne uniesienia, których pewnie nigdy nie zapomnę. Berliński świat Thomasa, który żył w gejowskiej komunie i nie miał żadnych problemów z akceptacją swojej homoseksualności, bardzo mnie podbudował i ośmielił. Zacząłem czytać polskie czasopisma gejowskie, a niebawem - również pisać do nich. Niektóre moje teksty ukazały się drukiem i byłem z tego strasznie dumny. A w internacie na ścianie powiesiłem sobie erotyczne zdjęcia facetów.
- Żartujesz?! Jak kumple z internatu zareagowali?
- Nigdy żaden nie powiedział mi ani słowa. Czyli totalne tabu, ale też zero prześladowania.
- A kiedy obudził się w Tobie zew działacza?
- Na studiach w Olsztynie. W Lamboli założyliśmy na przykład gejowsko-lesbijski telefon zaufania. Wszyscy się bali iść do lokalnych mediów i poprosić, by zamieścili o tym informacje. Ja poszedłem i okazało się, że nie ma problemu. Wszystko szło mi niespodziewanie łatwo i dodawało skrzydeł. Byłem też zdziwiony, że nikt nie ma tyle śmiałości w mówieniu o swojej homoseksualności, co ja. Wtedy zacząłem też działać w młodzieżówce SdRP i początki były naprawdę różowe. Na kongresie założycielskim SLD wniosłem postulat, by w nowym statucie znalazł się zapis o równym statusie i zakazie dyskryminacji. I to przeszło! 7-8 lat temu był w Polsce lepszy klimat dla sprawy LGBT niż teraz...
- Tu już dochodzimy do powstania Kampanii Przeciw Homofobii sześć lat temu?
- Prawie... Po studiach przyjechałem do Warszawy - do tego wyśnionego przeze mnie raju gejowskiego. Okazało się, że wcale nie jest dużo lepiej niż w Olsztynie. Lambda Warszawa skupiała się na działalności pomocowej skierowanej do samych gejów i lesbijek, ja chciałem zwrócić się do całego społeczeństwa - i tak m.in. z Jackiem Kochanowskim, Bartkiem Żurawieckim, Sławkiem Królakiem i Martą Abramowicz założyliśmy KPH.
- Teraz wydajesz "Tęczowy elementarz" czyli zbiór kilkudziesięciu prostych, podstawowych pytań i odpowiedzi na tematy związane z byciem gejem/lesbijką w Polsce. Skąd ten pomysł?
- Przez lata mojej działalności spotkałem się z bardzo wieloma pytaniami. Poziom niewiedzy na temat gejów i lesbijek jest u nas zastraszający. Z drugiej strony - pojawia się coraz więcej książek nie traktujących homoseksualności jak choroby. Jednak one wydają mi się niestrawne, zbyt trudne dla tzw. zwykłego czytelnika, czyli np. dla piętnastolatki, która odkrywa, że jest lesbijką, albo dla kogoś takiego, jak moi rodzice, którzy musieli wiele zrozumieć, zanim zaakceptowali homoseksualnego syna. Jeśli odkrycie homoseksualnej orientacji będzie dla kogoś dzięki "Tęczowemu elementarzowi" łatwiejsze - książka spełni swoje zadania. Poza tym, chciałem dać odpór tej homofobicznej propagandzie, która miała miejsce na niespotykaną wcześniej skalę za rządów PiSu.
- Tytuł sugeruje wartość edukacyjną.
- Marzę o tym, by ten elementarz był wykorzystywany w szkołach. Powinien znaleźć się w każdej szkolnej bibliotece... Oczywiście, nie łudzę się, że po homofobicznych rządach Giertycha teraz nagle zaświeci w oświacie antyhomofobiczne słoneczko. Ale zamierzam ubiegać się o status lektury zalecanej w szkołach. Nie chcę, żeby ktokolwiek w przyszłości przechodził przez piekło homofobii, jakie spotyka nas, gejów i lesbijki.
Rozmawiał: Mariusz Kurc